BABSKIE GADANIE: Literka A jak Aaaauuuuuaaaaaa!

BABSKIE GADANIE: Literka A jak Aaaauuuuuaaaaaa!

Uuuuaaaa – to mniej więcej wydobyło się z babskiego serca po pierwszej kwarcie niedzielnego meczu, wiadomo gdzie i wiadomo z kim. Po połowie zostało Uuuuuu, a po czwartej kwarcie już tylko Aaaaaa! Zagraliśmy fatalne pod względem sportowym, psychologicznym, zespołowym i charakterologicznym spotkanie, o którym lepiej jak najszybciej zapomnieć, żeby nie grzebać za długo w krwawiącej ranie. Stało się i trudno, wypadek przy pracy to nie był i martwi mnie fakt, że Czarne Pantery obnażyły w Koszalinie swoje największe słabości, dotąd całkiem przyzwoicie kamuflowane, co mogą bezwzględnie wykorzystać kolejni rywale ligowi.

Przede wszystkim – zaskoczyła mnie nasza bezradność przeciwko obronie strefowej. Czytając jak pilnie przygotowuje się Gasper Okorn taktycznie do tego meczu, myślało się z miejsca, że zapewne sięgnie po ten element. No i sięgnął. Ku „zaskoczeniu” Czarnych Panter (które zaskoczyło w niedzielę akurat wszystko!). Zawodników umiejących rozbić strefę celnym rzutem z dystansu nam nie brakuje, zabrakło za to odwagi i odpowiedzialności za rzut – piłkę przekazywali sobie z rąk do rąk kolejni gracze ze Słupska, jakby nie pamiętali, gdzie znajduje się kosz. Gdy tak już sobie pokrążyła, zostawały ostatnie sekundy akcji i wypychano ją po prostu przed siebie. Wszyscy wiemy jak kończy się walenie głową mur… podobnie jak rzucanie piłką o strefę.

Zresztą o mur własnej niemocy rozbijaliśmy się częściej – nie udało się grać płynnie choćby przez minutę. Koszalinianie narzucili nam ostry i zdecydowany rytm gry, który rozwijali z każdą minutą meczu. My od początku występowaliśmy z pozycji goniącego. Po pierwszym gwizdku i pierwszej akcji czuć było nieprzeciętną determinację wśród gospodarzy, uwierzyli oni, że mogą bez problemu wygrać ten bój przy odrobinie konsekwencji. Wygrali ten mecz w głowach zanim Czarne Pantery odkryły karty…

I o to mam zawsze największy żal do naszych zawodników: wiedzą, że do koszykarskich orłów nie należą, mimo to warto wspiąć się na wyżyny wewnętrznej motywacji i ambicją oraz wolą walki walić topornie w mur przeciwnika. Tego pierwiastka mi w niedzielnym widowisku zabrakło. Chwilowe zrywy niepotrzebnie tylko wzniecały nadzieję. Nie był to mecz o nieprzeciętnej sile rażenia, nie wyglądało to jak derby. Być może napięcie związane z otoczką spotkania okazało się paraliżujące dla tegorocznego składu. Choć regułą staje się nasza słabsza postawa w meczach wyjazdowych w tym sezonie. Ale derby to derby! Tu odstawia się na bok wszelkie reguły i dotychczasowe osiągnięcia! W meczach ligowych nie liczy się miejsce w tabeli, liczy się dyspozycja dnia. Czarne Pantery były w wielkiej niedyspozycji.

Ostatnio żaliłam się po babsku na postawę Wright’a. Cóż mogę napisać dzisiaj? Że tym razem to już bardziej czarna rozpacz niż żal? Prawie każda akcja wyrysowana na tego zawodnika kończyła się stratą, w prostych sytuacjach podkoszowych nie potrafił on dobić krążącej po obręczy piłki do wnętrza siatki. Co winić w takiej sytuacji? Trenera? Piłkę? Powietrze? Jak widzicie, akapit poświęcony temu zawodnikami to zestaw pytań, na które nie znam odpowiedzi, bo i tajemnicą jest dla mnie przyczyna tak słabej postawy naszego środkowego w tegorocznym zespole. Mimo wszystko wierzę w Keith’a, być może potrzebuje on więcej czasu na oswojenie się z polską ligą niż Jordan. Ale musi on stać się bardziej odpowiedzialnym za oczekiwania, z jakimi zaproszono go do gry w ENERDZE CZARNYCH przed sezonem.

Jednak z każdej porażki można wyciągnąć zwycięskie wnioski…

 Myślę, że trener Andrej Urlep wie już doskonale, na kogo może stawiać w rozwiązaniach taktycznych, w czym upatrywać siły zespołu, kogo izolować od parkietu w momentach trudnych. Nie zapominajmy, że on także uczy się gry tej drużyny od podstaw, niezależnie od wcześniejszych bogatych doświadczeń. Człowiek zawsze będzie stanowił dla trenera tajemnicę. Wielu podkreśla, że Andrej za późno brał czas, by dokonać zmian. Wielokrotnie spoglądał w stronę ławki… nie znajdował tam rozwiązania. A może czekał aż przygotowywany do tego spotkania skład w końcu zacznie realizować założenia i uda się mu szybko naprawić błędy? Cokolwiek myślał, próbował nie przerywać wysiłków nadania grze naszego zespołu jakiegokolwiek rytmu…

A my?

Pogratulujmy szczerze i bez złośliwości koszalinianom świetnego meczu, trenerowi Okornowi zwycięskiej rywalizacji w przygotowaniu trenerskim, kibicom – stworzenia żywiołowego widowiska na trybunach. Nie obrażajmy się na Czarne Pantery, choć zagrały poniżej oczekiwań, bo nie kopie się leżącego (seansik z zapisem meczu w formie pierwszego treningu po powrocie do Słupska będzie sam w sobie adekwatną karą). Ja nie chcę tego meczu więcej widzieć, nie będę o nim czytać ani zbyt długo pisać. Dlatego postanowiłam „urodzić” wtorkowy wpis już w poniedziałek. Choć z natury pamiętliwe baby lubują się w wytykaniu błędów, marudzeniu i wskazywaniu winnych – wyjdę na chwilę z babskiej natury.

Byliśmy. Przegraliśmy. Gramy dalej!

Pozdrawiam pozostałych łkających,

Agata Bartoszek

renifit@o2.pl

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."