BABSKIE GADANIE: Marynistycznie

BABSKIE GADANIE: Marynistycznie

Muśnięcie kotwicy, jakie zaprezentowali "moi chłopcy" w zimowy niedzielny wieczór, wyglądało jak parking za Gryfią: niby lekko odśnieżony, ale solidnego gruntu nie uraczysz. Spotkanie dwóch nadmorskich zespołów w niczym nie przypominało agresywnego żywiołu morskiego, nawet końcówka nie wydobyła ze mnie większych emocji. Bo nie lubię takich meczów. Razi mnie nieporadna skuteczność, widok piłki, która powinna bez problemów znaleźć drogę do kosza, a jednak nie znajduje (Valdas podręcznikowo wyłożył nam tę zasadę w postaci przykładów praktycznych), dziurawa obrona, wreszcie- koszykarze, którzy wnoszą do gry tyle pozytywów, co i negatywów. Ale tego dokładnie spodziewałam się w niedzielę. Jesteśmy w trudnej fazie sezonu: środek rozgrywek, zmęczenie oplata nogi, urazy i choroby wymuszają łatanie dziur w składzie, gęsto zasiany kalendarz nie daje czasu na rewolucje w taktyce. Gra się więc tym, co się ma. I tak płynie  nasz statek osowiale, dość pewnie broniąc się jednak przed pójściem na dno.

A co mamy? Zespół, który powoli próbuje odrodzić się po serii kilku porażek z rzędu, nijak nie mogąc wyrównać poziomu gry między obwodem a strefą podkoszową. I tu, według mnie, leży pies pogrzebany. Nie mam pretensji do pojedynczych zawodników, bo że się starają, nikt nie ma wątpliwości. Ale dostrzegam funkcjonowanie jakby dwóch odrębnych zespołów w jednym, które zamiast wspierać się wzajemnie, działają sobie na szkodę. Żeby nie było wątpliwości, większa szkoda idzie z obwodu. Szkodą strefy podkoszowej jest to, że jeszcze bardziej obnaża słabość za łukiem, przez co tym za łukiem wychodzi jeszcze mniej. Zespół rozstąpił się niczym Morze Czerwone, a ten, który mógłby załatać utworzony przesmyk, wyłożył na nim stopę i chwilowo utonął. Bardzo widoczny był brak Todda na parkiecie, najlepszego, obok Yemiego, gracza naszej drużyny. Gracza, który długo uczył się dzierżyć ster, ale nauczył się rychło w czas.

Wraz z nieoczekiwanym pofalowaniem i poturbowaniem tafli morza pojawiła się niepowtarzalna szansa dla tego, który pozostawał ostatnio pod wyjątkowo silnym obstrzałem i wielu chciało, żeby jego pierwszego wysadzić ze statku na brzeg. Oded i na mnie działał niczym płachta na byka, przyznaję bez bicia, jednak w meczu z Kotwicą zrozumiałam, że to naprawdę dobrze wyszkolony i zorientowany na parkiecie gracz, który dotąd chyba nie do końca utożsamiał się z taktyką trenera i swoją w niej rolą, co zresztą Marius potwierdził podczas konferencji. Godnie zastąpił Todda, był skuteczny z dystansu, w asystowaniu, rozważny w prowadzeniu piłki. Przejął  styl gry kolegi, wierząc, że skoro dotąd okazywał się zwycięski, warto podporządkować mu własny.

Widać także ewidentny problem ze skutecznością i wykończeniem wielu akcji, w dodatku nie mam pojęcia, co jest tego przyczyną. Tak, jakby sił starczało tylko na przygotowanie akcji i wypracowanie pozycji rzutowej, po czym koniec nie wieńczy dzieła. Szczególnie martwi brak trafień z czystych pozycji. Sami zawodnicy łapią się chwilowo za głowę w geście niedowierzania. Bardzo mocno próbował im pomóc świetnymi asystami Oded, naprawdę chłopak upraszczał grę do minimum, trzeba mu to uczciwie oddać. Z jakichś jednak względów koledzy nie chcieli prezentu przyjąć.

W tym miejscu, po wylaniu z siebie babskiej żółci i złości, chcę niespodziewanie dokonać zwrotu w niniejszym blogu i po części krytycznej zamieścić część pozytywną.

Nadal jesteśmy jednym z najbardziej groźnych zespołów w lidze, który ma ambicje walczyć o wysokie lokaty. Mamy dojrzewający na naszych oczach zespół, któremu chce się grać dla słupskiej publiczności. Nieważne, w jakim stylu wyszarpuje wygrane (Titanic był piękny, potężny i powszechnie uznany za niezatapialny-  a jednak podrapał morskie dno...). Ważne, że wciąż się liczy i wciąż płynie. Powyższe uwagi nie przysłoniły mi widoku na całokształt.

Na koniec napiszę coś, po czym wielu z Was będzie chciało potrzymać moją głowę długo pod wodą. Zaufajmy Mariusowi (to nie jego wina, że zawodnicy pudłują z czystych pozycji, przekraczają linię parkietu, gubią piłkę z rąk). Mam wrażenie, że stał się kozłem ofiarnym tych, którzy w pewnym momencie wmówili sobie jego nieporadność i za wszelką cenę dążą do wygłoszenia słów: A nie mówiłem? Na szczęście Marius to silny facet koncentrujący się na pracy i nie potrzebuje adwokata...

Ahoj,

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

 

 

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."