BABSKIE GADANIE: O metodzie

BABSKIE GADANIE: O metodzie

Dzień dobry Drodzy Kibice i Czytelnicy niniejszego bloga, jak Wam się wstawało we wtorkowy poranek? Jaka pogoda za oknem? Słyszeliście już o prawdopodobnym referendum w Słupsku w sprawie odwołania prezydenta? Że dokonano oficjalnego otwarcia Parku Kulturowego Klasztorne Stawy? A może poopowiadać Wam o reformie szkolnictwa zawodowego, którą właśnie wdrażam? Taaa, i tym sposobem skończyły mi się pomysły na tematy zastępcze... Sama sobie współczułam po ostatnim meczu wiedząc, że będę musiała się do niego ustosunkować na piśmie. W głowie już zarysował się plan o kryptonimie L4, ale mam pecha- jestem zdrowa jak rydz (a nawet całe wiaderko rydzów), nie mam w rodzinie przedstawicieli dostojnego zawodu, poza tym obiecałam sobie nie odwiedzać lekarzy, od kiedy okazało się, że „proszę rozebrać się do połowy” oznacza zdjęcie tylko sweterka, a nie zaprezentowanie się w całej okazałości od pasa w górę, o czym poinformowano mnie dopiero po wypisaniu recepty. Był jeszcze pomysł ugadania się z Ryszardem i zachęcenia go do zmiany kolejności publikacji bloga w tym tygodniu, ale wiem, że chłop wierny tradycji...

 

Dlatego postanowiłam wykazać nieco więcej samiczej odwagi, nie chować głowy w piasek i przyznać wprost: jesteśmy chwilowo w dużej czarnej dziurze. W piątkowy wieczór myślałam tylko o tym, żeby ten mecz jak najszybciej się skończył. Tury ze Zgorzelca stratowały Czarne Pantery na moich oczach, nie spotykając się z najmniejszym oporem z ich strony. Nic w stadzie nie funkcjonowało zgodnie z planem, atakujący pazur stępił się już w pierwszej minucie, instynkty obronne przepadły.

 

Do niedawna byłam zwolenniczką koncepcji drużyny budowanej w myśl idei zespołowości nieopartej na występowaniu w niej wyróżniającego się lidera. Wydawało mi się to zbyt ryzykowne i uzależniające wyniki od postawy jednego człowieka. Patrząc jednak na nasz obecny skład, zmieniam pogląd. W mdłych akcjach zaprezentowanych podczas piątkowego meczu, polegających  głównie na  przekazywaniu sobie piłki jako przedmiotu niepożądanego, aż prosiło się o  to, by któryś z graczy w końcu choć spojrzał w stronę zawieszonego na widocznej konstrukcji kosza. Tymczasem zawodnicy patrzyli jedynie po sobie... Przecież konkretna akcja jest ustawiana pod wskazanego gracza, tak? To wytłumaczcie mi, czego tu nie rozumiem. Musi być ktoś, kto rozwiązuje worek pełen rzutów, nie twierdzę, że rola ta musi być koniecznie obsadzona przez rozgrywającego. Musi być ktoś, kto stanie się na czas meczu przywódcą sportowym, wzbudzi impuls i przekaże go dalej. Uważam, że impuls ten powinien iść z obwodu, reszta jest mu przecież podporządkowana. Największy żal mam do L. Knutsona, o którym sporo naczytałam się przed sezonem i którego wysokich umiejętności strzeleckich jestem pewna jak tego, że póki co nie okazuje ich nawet w połowie. Z mentalnością lidera nie trzeba się urodzić, ale wystarczy chcieć się jej nauczyć.

 

Gra Todda przemawia do mnie bardziej niż Odeda, ale obaj wydali mi się za bardzo bojaźliwi na parkiecie. Przeciwko takim zespołom jak Turów należy grać ostro, fizycznie, sprytnie i zaskakująco, tymczasem wspomniana dwójka grała po prostu wolno i czytelnie.

 

Zdecydowanie zbyt długo bezkarni pozostają na parkiecie Polacy: Kostrzewski i Nowakowski, których próby ustrzelenia kosza kończą się stratą czasu meczowego i w miarę płynnego rytmu gry. Uważam, że celność powinni regulować podczas treningów, w tym także indywidualnych, jeśli odstają pod tym względem od reszty drużyny. Żeby odblokować psychikę, trzeba po prostu zacząć trafiać. To gracze, którzy potrafią ustawić się odpowiednio do rzutu, zmylić przeciwnika, funkcjonować w ramach taktyki zespołu, jednak bez skutecznego indywidualnego wykończenia. Poza tym, im również brakuje odwagi niezbędnej na parkietach ekstraklasy.

 

Na całe szczęście jest coś, co sprawia, że moje zwisające do podłogi ręce czasem składają się do nagłych oklasków. To bardzo pozytywna gra naszych podkoszowych. Pozycja, która w historii naszego klubu była zwykle obciążona niesprzyjającym fatum, wychodząc z mroków, zamienia się w małe światełko w tunelu i błyszczy coraz jaśniej. Tak, uważam, że wirtuoz fortepianu- Yemi- jest na dzień dzisiejszy najlepszym zawodnikiem w składzie i gra w niej pierwsze skrzypce.

 

Zapewne część z Was zastanawia się jak czuli się po piątkowym meczu sami zawodnicy. Żałoba zapadła okrutna, Mateusz długo stał ze spuszczoną głową oparty o barierkę schodów, odizolowany od wszystkich, nie zwracając uwagi na pocieszycieli, którzy klepnięciem w ramię starali się przywrócić go do świata żywych. Głowy nie podniósł nawet podczas pomeczowej konferencji. Robert z kolei nie mógł przystanąć choćby na chwilę w miejscu. Trudno mu było zrozumieć to, co przed chwilą wydarzyło się na parkiecie. Nie dziwmy się kapitanowi, że pod wpływem meczowych emocji wytyka w wywiadzie błędy kolegom, nie starając się tłumaczyć porażki. Wszyscy mamy te same pretensje.

 

I pewnie wyszłabym z hali myśląc, że tym oto sposobem spełniają się najczarniejsze wróżby dotyczące tego sezonu, gdyby nie to, że ktoś zatrzymał mnie i zasiał ziarno niepewności, a raczej zmusił do nietypowego w tej sytuacji myślenia. Tą osobą okazał się trener gości- Miodrag Rajkovic. Prosił, by przekazać kibicom, że mamy w Słupsku bardzo dobry, ciekawie i prawidłowo zbudowany zespół, który będzie niezwykle groźny w dalszej części sezonu, który zaskoczy swoją wszechstronnością i walecznością. Ostrzegł, że nie wolno nam teraz zdeptać tego, co jeszcze nie zdążyło wykiełkować, że w swoim wieloletnim doświadczeniu obserwował i przeżywał podobne sytuacje wielokrotnie. Całość wywodu podsumował stwierdzeniem: Pamiętajcie, że to jeszcze nie koniec. To dopiero początek!

 

-        O zgrozo!- pomyślałam sobie- Jakże nisko upadłam w swojej roli kibica, skoro wiary dodawać mi musi trener rywali.

 

Dlatego też wspięłam się na wyżyny racjonalnego myślenia i optymizmu, podparłam je naturalną empatią kibica, przywołałam emocje do porządku i wymyśliłam sobie taki oto program naprawczy:

-        będziemy wspierać naszych graczy z całych sił, bo to dopiero początek, a nie koniec;

-        pozwolimy im skoncentrować się na przyszłych meczach i zapomnieć o porażkach z silniejszymi ekipami. Z chwilą pierwszego zwycięstwa wszystko może ulec zmianie, odblokuje się samo;

-        będziemy siedzieć w hali do ostatniego gwizdka, żeby zawodnicy czuli, że dla takich kibiców warto przekraczać swoje granice;

-        wykażemy odrobinę cierpliwości wobec trenera, któremu pozwolimy na naukę wyciągania wniosków z porażek w swoich pierwszych przegranych w karierze głównego szkoleniowca meczach;

-        uskrzydlimy młodych wiekiem i stażem w ekstraklasie graczy, którzy chcą grać dla naszego klubu, a którym brakuje pewności siebie charakterystycznej dla starszych i bardziej ogranych kolegów;

-        przestaniemy drwiąco rozliczać prezesa, zarząd klubu za to, że próbując stworzyć nową jakość, nie zagwarantowali tego, czego w sporcie w żaden sposób zaplanować się nie da;

-        uwierzymy w ten zespół i pozwolimy mu uwierzyć w siebie.

Dlaczego? Bo innej drogi nie ma! Nie stać nas na wzmocnienia, nie ma sensu dokonywanie rewolucji w rewolucji. Udało nam się zebrać ciekawą ekipę dobrze wyszkolonych koszykarzy, którzy być może muszą zapłacić ostre frycowe, żeby zrozumieć swoje miejsce w układance. Każdą rozsypankę można przy odrobinie pomyślunku ułożyć w całość. Nie taką, to inną metodą.

 

Przed nami dwa mecze o niższym poziomie ryzyka i czarnowidztwa: przeciwko Rosie i Polpharmie. To doskonała okazja do zmiany metody, co mam nadzieję zobaczyć. Każdy trening to szansa na rozszerzenie zagrań taktycznych w ataku, zgranie się w obronie i wypróbowanie potencjalnych liderów. Każdy mecz to kolejna szansa na wygraną. A żeby wygrać, trzeba trafiać. A zatem, na początek spróbujmy trafiać. Najprostszą z możliwych metod. Kto wie, może to wystarczy, żeby zgasić temat?

 

Pozdrawiam wszystkich zaniepokojonych kibiców. Ja czekam, kibicując dalej, a Wy?

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."