BABSKIE GADANIE: (Po)nitce do kłębka

BABSKIE GADANIE: (Po)nitce do kłębka

Z ogromną przyjemnością zasiadam zawsze do pisania bloga po wygranym meczu, jednak tym razem unoszę się dosłownie 20 cm nad krzesłem i pękam z dumy. Wprawdzie dzisiaj środa, moje wpisy pojawiały się zwykle we wtorki, wybaczcie zaburzenie tradycyjnego porządku, sami rozumiecie, że po takim widowisku niektórzy potrzebują co najmniej doby, że dojść do siebie i uczesać myśli. Wszystkich, którzy wykazali zainteresowanie moją osobą i dzwonili z pytaniem czy żyję i dlaczego nie nawiązałam jeszcze kontaktu z klawiaturą, uspokajam, że niestety tak, tyle że wciąż wydaje mi się, że stoję w Gryfii i klaszczę...

Radość zapanowała w drużynie okrutna! Widać ją było gołym okiem na twarzach zawodników, którzy wręcz przetaczali się po parkiecie w podskokach. Naprawdę resztką sił wydarli zwycięstwo w ostatnich sekundach mistrzowi. Bez swojego najlepszego strzelca, bez Odeda... Najmniej wzruszony wygraną był trener Linartas, który na pytanie o klucz do sukcesu w tym meczu, odpowiedział skromnie: To Asseco było w słabszej dyspozycji. No, ale mistrz to mistrz! Nawet mistrz w słabszej formie górował w zakładach nad rozpędzającą się lokomotywą z Czarnymi Panterami. Nie udałoby się to, gdyby nie osoba trenera, tego jestem pewna. To on opracował skuteczną, mądrą i przemyślaną taktykę, którą na szczęście zawodnicy skutecznie wprowadzili w czyn. On szybko i sprytnie reagował na zmiany przeprowadzane przez trenera gości, brał czas w napiętych momentach, by szybko ostudzić swoich podopiecznych. To on zaskoczył doświadczony sztab trenerski z Gdyni wprowadzeniem na parkiet słupskiej młodzieży. A sama młodzież zaskoczyła poziomem swoich umiejętności. Wszystko w tym meczu było poukładane, zwłaszcza końcówka, po której wielu z nas nabawiło się dodatkowej kępki siwych włosów. Zawodnicy uwierzyli trenerowi, że stać ich na sprawienie niespodzianki, a trener uwierzył zawodnikom, że są w stanie ją sprawić.

O tym, że Marius Linartas lubi i potrafi współpracować z młodzieżą, wiedzieliśmy od momentu, gdy po raz pierwszy przyjechał do Słupska. W końcu w 2010 roku poprowadził reprezentację Litwy do lat 18 do złotego medalu mistrzostw Europy. Wojtek Jakubiak może w przyszłości wiele zawdzięczać osobie trenera Linartasa- nie dość, że chłopak ma talent, to w dodatku otrzymuje szansę zaprezentowania i rozwijania go w szerszym niż zwykle się to na polskich parkietach odbywa wymiarze. Trzymam kciuki za Wojtka, żeby nie zagubił priorytetów i wykorzystał swoją szansę. Dla mnie był w poniedziałek mistrzem drugiego planu.

Kto w takim razie był, według mnie, mistrzem pierwszego? Chyba nikogo nie zaskoczę odpowiedzią. Ten, którego usta układały się przez cały czas trwania konferencji w przeogromny, nieznikający uśmiech, nawet wtedy, gdy mówiono po polsku i przepytywano trenera. Ten, który tańczył razem z krzesłem, nie mógł opanować gestów rąk i szaleńczego podrygu nóg. Dawno nie widziałam człowieka, który by tak aktywnie i twórczo siedział w krześle... Ale przecież Yemi od początku sezonu udowadnia nam, że jest jedyny w swoim rodzaju we wszystkim, co robi. Hmm, czy to nie jest przypadkiem nasz najlepszy, jednocześnie najsympatyczniejszy środkowy w historii drużyny?

Trudno powiedzieć, czym najbardziej zaskoczyliśmy rywala. Zarówno trener Kemzura, jak i zawodnicy Asseco, nie potrafili wskazać takiego czynnika. Nie sądzę, by tak doświadczony  zespół zbiło z tropu wprowadzenie wspomnianego wyżej Wojtka. Wnioskując ze statystyk, można zaryzykować stwierdzenie, że nie doceniono siły podkoszowej Czarnych Panter, aktywnej zwłaszcza w zbiórkach w ataku, które skutecznie wybijały z ofensywnego rytmu JB i spółkę. Nasi grali też zdecydowanie szybciej niż w poprzednich meczach, zmuszając gdynian do popełniania sporej liczby fauli. A nabiegali się okrutnie, czego skutki było widać na ich bladych twarzach tuż po  ostatnim gwizdku. Piłka bardzo mądrze krążyła po obwodzie, do tego 16/18 za 1... Rzadko się zdarza taka skuteczność. Krótko mówiąc, okazaliśmy się lepsi w każdym elemencie, a moim number one w statystykach są 4 bloki Yemiego.

I tak, po(nitce) do kłębka, po smutnym falstarcie, dotarliśmy do fazy sezonu, w  której na nowo odżyły nadzieje i marzenia o medalu. No bo skoro wygrywa się z mistrzem, to przecież można wygrać z każdym. Nie budżetem, znanymi nazwiskami, a ciężką pracą, konsekwencją i wiarą w to, czemu poświęca się czas i serce. Cudze chwalicie, swego nie znacie- pamiętacie momenty, kiedy na parkiecie królowali w naszym składzie polscy zawodnicy? Jakże to się wydawało przez chwilę egzotyczne;). Naprawdę bardzo jestem ciekawa dalszego rozwoju wypadków i oblicza drużyny w kolejnych odsłonach.

Uwielbiam te dni, kiedy dzieciaki na szkolnym korytarzu śpiewają mi za plecami: Czarni!!!, kiedy pan na stacji benzynowej obsługuje za mnie węża, chcąc dowiedzieć się jak cieszyli się zawodnicy po meczu, kiedy obcy ludzie klepią mnie na ulicy po plecach, mówiąc: Dobrze było, jakbym to  ja zdobyła decydujące punkty. Uwielbiam nawet ten moment, kiedy łamię swoje zasady i biegam za mężczyzną z prośbą, by zechciał ze mną chwilę porozmawiać (Krzysiu Roszyk zawsze wydawał mi się nieco niedostępny:), kiedy z wrażenia zwalam ogromny baner reklamowy na swoją głowę. Uwielbiam takie mecze, takich kibiców i taką drużynę! Nie tylko prezes ma wówczas łzy w oczach...

Chwilo, trwaj!

Dziękuję wszystkim kibicom za piękny doping, świetną zabawę na trybunach i pomeczowe oznaki radości. To my tworzymy najbardziej kolorową, roztańczoną i rozśpiewaną grupę w mieście.

Do zobaczenia na kolejnym meczu,

wzruszona Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

 

 

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."