BABSKIE GADANIE: Po(tur)bowani

BABSKIE GADANIE: Po(tur)bowani

Chociaż od zakończenia boju w Zgorzelcu minęło dni kilka, wciąż mam wrażenie, że siedzę przed komputerem i nerwowo odświeżam stronę z przebiegiem meczu. Tak, Moi Drodzy, ja- zapewne jak większość- do końca wierzyłam, że opóźniające się z przesyłem komputerowe łącza przekażą mi za chwilę rewelację w postaci zwycięskiego wyniku. Modliłam się już nawet o dogrywkę. Bo trzeba przyznać, że Czarne Pantery toczyły wyjątkowy morderczy pościg za silnymi Turami, kilkakrotnie depcząc im po piętach, a następnie zrównując się w biegu po dwa punkty. Świetnie przygotowany do tego meczu pod każdym względem zespół ze Słupska godnie reprezentował pozycję lidera tabeli, jednak uznać musiał wyższość i klasę silniejszego rywala. Przyznać trzeba, że Turów po prostu lepszym zespołem jest i basta…

Pod pojęciem lepszym, rozumiem głównie- równiejszym. Uświadomiłam to sobie, obserwując grę naszych podkoszowych: gdyby Keith Wright był choć w połowie tak uzdolniony i wyszkolony (sama nie wierzę, że to piszę!) jak Garrett Stutz, pozamiatalibyśmy bez dwóch zdań. Tymczasem nie potrafi on dać równej jakościowo zmiany, wolniej porusza się w ustawieniach taktycznych zespołu, stanowi mniejsze zagrożenie w obronie. Z kolei Garrett Stutz nie jest w stanie utrzymać wysokiej  jakości gry w całym meczu, bo i warunki fizyczne ma ku temu dość ograniczające.  Jadąc do Zgorzelca wiedzieliśmy, że o ten fragment parkietu będzie rozbijać się cała zabawa. Nie twierdzę, że zabrakło nam adekwatnych zabawek (wymienieni przedstawiciele wyższego gatunku zrobili, co mogli, zgodnie z posiadanymi możliwościami), ochota do zabawy również widoczna była, niestety, w tamtejszej piaskownicy zasady narzucili miejscowi. A my wciąż musimy czekać na przystąpienie do niej Mateusza Jarmakowicza, który mógłby być solidnym wsparciem podkoszowym, a któremu Matka Natura wyznacza inny czas ligowy, oczekując przebudzenia gracza. Taki Damian Kulig do wirtuozów koszykarskiego rzemiosła przecież nie należy… Ale nie śpi, wykorzystuje perfekcyjnie to, co mu ta sama Matka Natura podarowała. Dzięki temu pnie się coraz wyżej, nie zwracając uwagi na sceptyczne głosy podobne do mojego. 28 punktów w meczu z liderem tabeli- tak oto jeden tur pociągnął cały kulig! Pozazdrościć…

Ucieszyła mnie z kolei postawa Jordana, którego zabawy zaczynają okazywać się nie tylko przyjemne, ale i pożyteczne. Z pewnością mecz w Zgorzelcu był dla niego poważnym wyzwaniem, zwłaszcza w sferze psychicznej. W sytuacji, gdy ma się świadomość średniego spełniania oczekiwań trenera względem swojej osoby, nie jest łatwo oczyścić umysł i z odporną głową zmierzyć się z faworyzowaną drużyną. Odnoszę wrażenie, że dużo pracy nad Amerykaninem wykonał jego kolega- Rocky Trice- z którym nasz rozgrywający bardzo często i żywiołowo rozmawia o koszykówce, dzieli się na gorąco emocjami po nieudanych akcjach i którego bardzo uważnie słucha  w rozmowach przedmeczowych. Jeśli znalazł w nim swojego mistrza, dobrze trafił- Rocky to fajny, cierpliwy, dojrzały i komunikatywny chłopak, stanowiący główną siłę napędową tegorocznej drużyny. Wzorcowo wyprowadza zespół z opresji w chwilach, gdy powiększa on przepaść punktową w stosunku do rywala. Rocky to synonim silnej psychiki i skutecznej gry, niezależnie od okoliczności. Rocky to klasa sama w sobie. Doceniam również to, że Jordan potrafi w wywiadzie tak zwyczajnie i po ludzku przyznać, że uczy się europejskich standardów od Tomasza Śniega, który to miał być przecież- wedle przedsezonowych założeń- jego zmiennikiem. Jak widać, nauka nie idzie w las, Jordan zalicza kolejne klasy brawurowo i być może szybciej niż się spodziewamy przypnie sobie tarczę wzorowego ucznia.

Gdy przed czwartą kwartą Czarne Pantery przegrywały zaledwie jednym punktem, pomyślałam sobie, że jestem dumna z tych chłopaków, z tego, że po całej serii popełnionych błędów, nie złożyli broni. Wszyscy bez wyjątku rzucili się do ataku, dokładając kolejne cegiełki punktowe. Zabrakło tylko czasu i odrobiny szczęścia…

Wbrew zdrowemu rozsądkowi, mecz w Zgorzelcu uspokoił mnie- podobał mi się styl gry naszych, wzniecając nadzieje wygrywania w kolejnych spotkaniach ligowych. Cieniem na ten spokój rzuca się tylko jedna wątpliwość- czy nie jesteśmy w pełni groźni, w pełni sobą, tylko na parkiecie hali Gryfia?

Czekam na uzyskanie szybkiej odpowiedzi,

pozdrawiam,

Agata Bartoszek

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."