BABSKIE GADANIE: Poanwilowo

BABSKIE GADANIE: Poanwilowo

-        A pan się nie cieszy wygraną?- zapytał Mariusa Linartasa jeden z dziennikarzy, gdy ten z kamienną twarzą wychodził z pomeczowej konferencji. - A z czego mam się cieszyć?- odpowiedział, ku wielkiemu zaskoczeniu pozostałych zebranych, autor niedzielnego sukcesu- To tylko wygrana nad Anwilem. Po czym szybko przecisnął się między rozentuzjazmowanymi przedstawicielami mediów i wyszedł. - Jasny gwint- pomyślałam sobie- ale trzeba mieć twardy charakter, żeby tak szybko powściągnąć emocje, uporządkować je w głowie, chłodno podsumować piekielnie gorące spotkanie z bądź co bądź osławionym rywalem i z dystansem do wydarzeń odmaszerować niczym żołnierz po wykonaniu przydzielonego mu zadania. W jednej chwili przypomniałam sobie, że postawa trenera nie różniła się od tej, jaką wykazywał po przegranych meczach: ten sam spokój, ten sam zawzięty wyraz twarzy... Uczę się naszego szkoleniowca każdego dnia, jak większość kibiców, wcześniej wiedziałam, że po przegranej Igor Griszczuk musiał siarczyście przemówić łaciną i oznajmić mi, że na konferencję mogę iść sobie sama, Gasper Okorn trzy razy wychodził na papierosa zanim nerwowo pomaszerował za mną, Dainius Adomaitis rozpoczynał zabawę pod tytułem „Catch me if you can”, zaszywając się w różnych kątach hali z telefonem w dłoni. Ostatecznie wszyscy przed stół trafiali i najczęściej żywo okazywali, że ich również trafiło.

 

Tym razem jest jakoś inaczej, Marius nie ma swoich rytuałów, wzorcowo przestrzega regulaminu, niezależnie od wyniku, rzeczowo komentuje wydarzenia na parkiecie, krótko odpowiada na pytania dziennikarzy. I wiecie co? Coraz bardziej dociera do mnie, że jego siła płynie właśnie z tej pełnej koncentracji, dystansu i opanowania postawy. Cenią go bardzo zawodnicy, na których potrafi jednak podnieść głos, cenią włodarze klubu, bo nigdy nie szuka usprawiedliwień, cenią pracownicy klubu, bo nie wnosi żadnych roszczeń. I chociaż Marius rozpoczyna swoją karierę na stanowisku pierwszego trenera, mam wrażenie, że, wbrew pozorom, doskonale odnajduje się w sytuacji, działa logicznie i rozumnie, nie poddaje się presji otoczenia, konsekwentnie realizuje swoją koncepcję zespołu. Bardzo podoba mi się zaufanie, jakim obdarowuje poszczególnych graczy, np. Kostka. Po raz kolejny wypuszcza go na parkiet w wyjściowym składzie pokazując, że ocenia umiejętności gracza wysoko i czyni go odpowiedzialnym za wynik całego zespołu. Czym wypłaca się Kostek? Wszyscy widzieliśmy. Dlatego pozwoliłam sobie główną część dzisiejszego bloga poświęcić autorowi niedzielnego sukcesu, bo przecież u podstaw każdej wygranej leży myśl trenerska.

 

Drugi mój prywatny bohater to Robert Tomaszek, koszykarz, który podrażnił gości z Włocławka na kilka dni przed ligowym starciem, występując w zabawnym filmiku stanowiącym zapowiedź meczu. Jak zapowiedział, tak uczynił! Jego 12 zbiórek naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Nie mam wątpliwości, że po raz pierwszy w historii drużyna ma dwóch kapitanów: Todda i Roberta. Gdy pogratulowałam Robertowi debiutu aktorskiego, uśmiechnął się, po czym powiedział: Dzięki, ale chyba nie wszystkim przypadł do gustu. Do diabła z tym czy się podobało! Się sprawdziło! Puszek Okruszek narobił niezłego bigosu...

 

O ile postawa Czarnych Panter pod koszem w pełni mnie satysfakcjonuje, o tyle gra obwodu nadal stanowi potencjał do wykorzystania, na szczęście zaczyna się on materializować. Boję się, co będzie, gdy zrówna się on poziomem z grą wysokich… W każdym razie gra dwoma centrami sprawdza się idealnie. Podoba mi się również ogromne zaangażowanie zawodników w grę, tym bardziej, że wystąpili oni w ograniczonym ilościowo składzie. Wiem skądinąd, że owo zaangażowanie nie słabnie podczas treningów. Ciężka praca zaczyna przynosić żniwo. Mam nadzieję, że szybko zapomnimy o słabym początku rozgrywek i ostatecznie okaże się on falstartem.

 

-        Ale fajne widowisko- podsumował w przerwie Tito, wyrażając autentyczny podziw dla dopingu słupskich kibiców. – No ba, sroce spod ogona nie wypadliśmy- pomyślałam sobie. Dziękuje kibicom za stworzenie głośnego, pełnego wrzawy i wiary w swój zespół widowiska, po którym pół nocy spać nie mogłam, wciąż składając ręce do oklasków.

 

Bo kibice w Słupsku na koszykówce się znają i jeśli zaczyna ona przybierać oczekiwane kształty, doping wydobywa się z głębi serc i gardeł w sposób niezwykle autentyczny. Zawodnicy go uwielbiają, czego spontaniczne wyrazy dawali podczas meczu, gestykulując w stronę trybun. Powoli zaczyna się rodzić poczucie wspólnoty pomiędzy drużyną a jej sympatykami. Rozumiem, że po odejściu graczy przez wiele sezonów związanych z ENERGĄ CZARNYMI, trudno było niektórym przywiązać się do nowych "z urzędu", ale myślę sobie, że i ten problem powoli znajduje rozwiązanie. W tym miejscu przychodzi mi na myśl osoba Dainiusa Adomaitisa, trenera, któremu nie udało się w pierwszej części sezonu wytworzyć wspólnoty z reprezentowaną przez siebie i swoje działania drużyną. Anwil, który widzieliśmy na parkiecie, to nie jest zespół kontynuujący wcześniejszą tradycję, Dainius... nie jest Dainiusem. On sam przyznał, że nie potrafi wyjaśnić, na czym polega problem, jego zespół ma dwa oblicza: pozytywne treningowe i negatywne meczowe. Wszelkie metody prowadzące do wyeliminowania tego drugiego nie przynoszą efektu. Jakże mi to przypomina Czarnych z początku sezonu! Tak się po prostu czasem w  sporcie dzieje, nie da się w nim zaplanować sukcesu, zagwarantować wygranych, nie da się na siłę stworzyć poczucia wspólnoty. Dlatego pielęgnujmy tę więź, którą udało się stworzyć naszej ekipie i jej kibicom, być może w niej tkwi tajemnica powodzenia.

 

Do zobaczenia poanwilowo,

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

 

 

 

 

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."