BABSKIE GADANIE: Pocztówka z wakacji

BABSKIE GADANIE: Pocztówka z wakacji

Witam gorąco wszystkich kibiców ENERGI CZARNYCH Słupsk i pozdrawiam spod palmy, odpoczywając od ligowych emocji minionego sezonu.  Taaaaaa, plan był zacny, ale miał doczekać się realizacji za kilka tygodni, po oficjalnym odebraniu z rąk władz ligi medalu jakiejkolwiek maści.  Tymczasem palma mi odbija z powodu braku meczowych emocji, śledzenia tabeli, statystyk, wyników itp. Koszykarze w większości opuścili już nasze miasto, fora internetowe zminimalizowały swoją działalność, krótko mówiąc- czuć, że ogórki posadzone. Na jakiej glebie? Chyba wreszcie dojrzałam do podsumowania sezonu 2012/2013 w wykonaniu Czarnych Panter.

Zaczęło się tajemniczo: skład został wszechstronnie przewietrzony, aczkolwiek nie odbyło się to bez oporu i głosu sprzeciwu wielu kibiców związanych z występującymi wcześniej przez kilka lat w klubowych barwach zawodnikami. Ambitne zadanie pozlepiania w całość rodzącego się na naszych oczach tworu powierzone zostało osobie, która doświadczenie w tym zakresie miała ubogie. Kierowano się wcześniejszymi decyzjami, które w przypadku innych początkujących szkoleniowców okazały się trafione. Przy średnio gwarantującym sukces budżecie trudno ominąć sytuację bez braku podobnego ryzyka. Pierwsze mecze wskazywały na to, że ryzyko opłaciło się, chociaż nie było łatwo zdefiniować styl gry, jaki reprezentowała na parkiecie prowadzona przez Mariusa Linartasa drużyna. Następnie nastały chwile trudne, poddające w wątpliwość siłę groźnej początkowo ekipy, pojawiły się informacje o coraz gorszej komunikacji na linii trener-zawodnicy, w chwilę potem poważnie już powiało grozą. Nie było wyjścia- trzeba było dokonać zmiany na stanowisku głównego szkoleniowca, by ratować układankę przed totalną rozsypką. Choć zadanie wydawało się awykonalne, w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności możliwe stało się sprowadzenie do Słupska człowieka, który na nowo zdefiniował podstawy, wyznaczył role w drużynie i zadania na parkiecie. Udało mu się także w szybkim czasie odbudować podupadłe i mocno kulejące morale. Drużyna zyskała drugie życie, zawalczyła o pogrzebane już w świadomości wielu osób cele, niestety, nie starczyło jej pary, żeby doprowadzić zadanie do stacji docelowej. Czy można uznać ten fakt za tegoroczną porażkę?

To zależy, z jakiej perspektywy oceniać sytuację. Jeśli skoncentrujemy się na rewolucji, której doświadczył w tym sezonie zespół, stwierdzimy, że mimo wszystko wyszedł z tarapatów obronną ręką, a końcowy wynik był szczytem możliwości i prezentem od losu. Jeśli jednak przyjmiemy, że pod wodzą trenera Urlepa osiągnięcie wyższego miejsca w tabeli stało się niezwykle realne, cała zabawa
zaczęła się w szóstkach, a nie wykorzystali jej w pełni sami zawodnicy- poczujemy niedosyt. Stelmet po raz drugi z rzędu sprzątnął nam marzenie o medalu sprzed nosa. W dodatku, według identycznego scenariusza. Przyjęłabym to godnie i po babsku- pokornie, gdyby nie wiedza o ostatecznym wyniku rywalizacji z AZS-em, która ciąży mi okrutnie. Okazaliśmy się dla Stelmetu rywalem o wiele bardziej wymagającym pod względem poziomu sportowego, a zatem teoretycznie lepszym o klasę od koszalinian. I jak tu pogodzić się z wyższością naszych sąsiadów w tabeli? Nie wymagajmy od baby zbyt wiele.

Przejdźmy zatem do ocenienia naszych dzielnych Samców. Chociaż doskonale zbudowana była ta nasza rozgrywająca (ręce Todda od pierwszego wejrzenia budziły mój anatomiczny respekt), nie potrafiła wytworzyć w tym sezonie stanu constans, który zapewniłby reszcie drużyny solidny grunt pod nogami. Równie nieprzewidywalny i niepewny okazał się Oded, aczkolwiek uważam, że na tyle właśnie stać tego gracza w drużynie z górnej części tabeli. Zawiódł mnie dobrze wyszkolony technicznie, ale mało odważny, Levi. Pozytywnie zaskoczył błyskawicznym wkomponowaniem się w zespół Rocky. Mieszane uczucia wywołał Valdas, według mnie, potencjał nie do końca wykorzystany. Odkryciem sezonu okazał się silny i sprytny Yemi, który, gdy wyspany, zdecydowanie nadawał ton zespołowi. Od Roberta oczekiwałam właśnie tyle, ile zobaczyłam. Nie straciłam wiary w Marcina Dutkiewicza, którego kunszt koszykarski cenię bardzo wysoko, aczkolwiek, jak to w sprawach wiary, wyraźnych dowodów rozstrzygających brak. Przez cały sezon kibicowałam sympatycznemu i systematycznie rozwijającemu się Michałowi- złego słowa powiedzieć nie dam. Mateuszowi gratuluję ambitnego i heroicznego przebijania się do pierwszego składu. Zabrakło mi jednak Supersamca, kogoś, kto pociągnąłby lokomotywę na własnych plecach.

Jak zatem ostatecznie ocenić sezon 2012/2013 w wykonaniu Czarnych Panter? Nijak. Było i straszno i śmieszno. Ale jednego jestem pewna- nic a nic nie osłabło moje serce do słupskiej koszykówki!

Do przeczytania niebawem,
Agata
a.bartoszek@energa-czarni.pl

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."