BABSKIE GADANIE: Prawie wygrani

BABSKIE GADANIE: Prawie wygrani

Jest wtorek, a ja nadal głęboko przeżywam niedzielne starcie Czarnych Panter z silnymi i faworyzowanymi Turami. W dodatku tak bardzo ucieszyła mnie powracająca na właściwe tory postawa naszej drużyny, że przez chwilę gotowa byłam poświadczyć, że wygraliśmy. Dopiero rzut okiem na statystyki przypomniał mi, kto został zwycięzcą w tym bez wątpienia ciekawym oraz reprezentującym wysoki poziom sportowy meczu.

Mimo wszystko stwierdzam, że – wbrew wynikowi na tablicy – wygraliśmy coś bardzo ważnego. Udało się nam naprędce naprawić podupadłe morale drużyny, przypomnieć odstającym od zespołu ogniwom o ich tegorocznej misji, odkurzyć z kompleksów, zresetować toksyczne refleksje po serii porażek i zachęcić do walki na najwyższym poziomie. A wszystko to w kilka zaledwie dni, w atmosferze wewnętrznego chaosu i zagubienia. Najważniejsze – stwierdziłam to po krótkiej pomeczowej wymianie zdań z kilkoma zawodnikami – że sami zawodnicy odblokowali się emocjonalnie i uwierzyli w sens dalszej walki. Chociaż nie przypomnieli sobie jak się wygrywa, to z radością schodzili z parkietu w poczuciu, że znów stanowią zespół…

Zacznijmy od tego, że Andrej Urlep podręcznikowo rozpracował Turów i przygotował taktycznie swoich podopiecznych do ciężkiej fizycznej gry. Tradycyjnie wywiązał się ze swojej roli, zarówno przed meczem, jak i podczas jego rozgrywania. Długo trzymał na parkiecie wyjściowy skład, który zacnie wywiązywał się zaplanowanych zadań w ataku i obronie (w końcu widać było współistnienie tych dwóch elementów). Niestety, nadal widać przepaść między poczynaniami podstawowych graczy a ich zmiennikami. Nie to, żeby się nie starali, tego nikt im nie odmówi, po prostu nie są w stanie utrzymać przewagi punktowej, tak jak pierwszopiątkowi nie są w stanie grać na pełnym gazie w całym spotkaniu.

Za mało do gry wnosi Karol Gruszecki – wydawałoby się – zawodnik świetnie przygotowany do indywidualnej przepychanki z rywalem, której uczył się na amerykańskim uniwersytecie. Zdecydowanie wraz z przyjściem wiosny stracił swą moc Tomasz Śnieg, a dobre zastępstwo na pozycji numer 1 to podstawa, zwłaszcza w sytuacji, gdy Zi trzyma się swojego wybitnie niestrzeleckiego stylu gry (w dodatku nie może utrzymać wydolności na stałym poziomie, bo nie przepracował cyklu przygotowawczego do sezonu). Nieobecny myślami i kolanem Joseph Taylor to żadne wsparcie. Poza tym – nie ma co ukrywać – Turów ma, według mnie, zdecydowanie najsilniejszy skład kadrowy graczy krajowych, z którym ledwo konkurować mogą nawet nasi najlepsi zawodnicy zagraniczni. Damian Kulig, niezależnie od tego, jakiego koloru krew płynie w jego żyłach, to przykład kompletnego koszykarza – skutecznego w ofensywie, defensywie, grze pod presją. Pamiętam jak Adam Romański, w czasie pracy w słupskim klubie, przekonywał nas, ze warto zainteresować się tym zawodnikiem, bo to piekielnie zdolny i pracowity chłopak, który szybko wskoczy na najwyższy poziom. Miał Adam nosa…
Mimo wszystko udało się słupskim koszykarzom podjąć tempo gry wyznaczone przez Damiana i jego kompanów. Chociaż nie był to pojedynek o medal wymagający heroicznego poświęcenia. To nieodparta chęć wygranej ku przełamaniu czarnej serii stanowiła główną siłę napędową ENERGI CZARNYCH. Boli tylko jedno – nie jesteśmy wiele słabsi od faworytów ligi, może w ogóle nie jesteśmy gorsi, jednak nie udaje nam się udowodnić tego kibicom i innym drużynom w fazie szóstkowej. Być może ma to drugie ukryte dno… nie chcemy obnażać się przed play offs. Gdy pytam o to Andreja, słyszę: Walka o medale toczy się według specjalnych reguł. To stan wyjątkowy.

A ja wyjątkowo mocno pragnę pozdrowić Jarka Mokrosa, którego osoba stanowi miniaturę sytuacji całej drużyny. Wielu postawiło już na niej krzyżyk, boleśnie skrytykowało, spakowało w tym sezonie walizki. Mimo to prze ona do przodu, podnosząc załamane opuszczone głowy coraz większej rzeszy fanów. Jarosław Mokros to aktualnie jeden z liderów drużyny, wzór sportowej postawy i coraz lepszy rzemieślnik. Chwilami oddycha rękawami, ociera resztki potu z czoła, przyjmuje ostre ciosy przeciwników – nadal jednak walczy o każdą piłkę. To mój nowy bohater! Człowiek, który w nieprzyjemnej atmosferze porażek i niechęci wobec własnej osoby, potrafił skupić się na „wyciśnięciu” ze współpracy z Andrejem Urlepem jak najwięcej, dokonując najbardziej spektakularnej koszykarskiej metamorfozy w zespole. Niech będzie ona zachętą dla pozostałych graczy w naszej drużynie.

Pozdrawiam wszystkich Kibiców w prawie radości,
Agata Bartoszek

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."