BABSKIE GADANIE: W nowy rok z bólem głowy

BABSKIE GADANIE: W nowy rok z bólem głowy

Takiego początku roku nie spodziewałam się w najczarniejszych snach. Miało być tak: wybiegamy zregenerowani i niesieni głodem koszykarskich emocji na parkiet, lekkim ruchem strącamy z niego Polpharmę niczym pionek na szachownicy, w myśl zasady: Jaki początek roku, taki cały rok, załatwiamy w drodze do szóstki resztę, a  w play off  wybuchamy ze zdwojoną mocą, siejąc ligowe spustoszenie. No to sobie zasiałam... kolejny kłębek nerwów i mnóstwo wątpliwości, z nadrzędnym pytaniem- Co dalej?- na czele.

Apetyt był spory: w drużynie pojawił się nowy uniwersalny gracz nieznany rywalom, prawie wszyscy w ekipie powrócili do zdrowia i trybu treningowego, inaugurację roku zaczęli na własnym parkiecie. Wprawdzie zabrakło najważniejszego, według mnie, zawodnika w zespole- Todda- jednak pomyślałam, że Oded jest w stanie godnie go zastąpić, do czego pretendował  w ostatnich meczach. A już wirtuozerii Roberta i Yemiego pod koszem byłam pewna jak tego, że końca świata nie będzie, bo nie zdążyłam wyremontować mieszkania i naprawić kranu. Przecież takich jak „tych dwóch” nie ma ani jednego. Po prostu wszystko pięknie układało mi się w zgrabny zwycięski obrazek. No i masz, babo, placek...

Nasi goście ze Starogardu, wiedząc, że atutem słupszczan jest niezła siła rażenia w ataku, zastosowali   najchytrzejsze  z możliwych rozwiązań taktycznych- zatrzymali nas konsekwentną obroną. Nobel dla mistrzów!

Jednak mistrzem nad mistrzami został dla mnie w tym meczu zawodnik, który, jak podpowiadano mi za plecami, rozzłościł naszego Roberta potencjałem wytworów swojej głowy do tego stopnia, że ten nie był w stanie skupić się na piłce. Ben McCauley dokonał rzadkiej sztuki zdobycia 34 punktów meczu przy niezłej skuteczności rzutowej, aż 17 razy meldował się na linii rzutów wolnych, gdyż nasi odbijali się od niego jak porażeni prądem. „Ich dwóch” nawet wspólnymi siłami nie dawało sobie rady z tą nieprzecietną jednostką. A mówiono przed meczem, że mamy przewagę na wszystkich pozycjach. Z mojej pozycji w hali nie było tego widać...

Jeśli już mowa o przeciwniku, pragnę zwrócić uwagę na „młodego” (wiem, wiem, w koszykówce to dojrzały mężczyzna) Marcina Nowakowskiego. Ten delikatnej postury zawodnik bardzo ciekawie przekłuł swoje słabości na atuty, wykazując nieprzeciętną zwinność, szybkość i koszykarską nonszalancję połączoną z zimną krwią i zdrowym rozsądkiem. Gdyby tylko częściej trafiał, z pewnością nie ja jedna poświęciłabym mu po niedzielnym meczu odrębny akapit, jakkolwiek jego faktyczne statystyki przerażają.

Piszę o nim, ponieważ wspomnianej nonszalancji zabrakło mi ewidentnie w postawie naszych graczy, pozbawionych tego dnia charyzmy i instynktu drapieżcy, z którego słynie Czarna Pantera. Być może pomyśleli oni, że wystarczy średnio intensywnie pobiegać pod koszem i na obwodzie, jednak miałam wrażenie,  że nawet sędziowie biegają szybciej. A propos sędziów... Dobra, przerwa na kawę! Po przerwie: zawodnikiem, który wręcz drażni mnie swoją delikatnością, jest Levi Knutson, facet ze świetnym warsztatem w rękach i nogach, dobrym pomyślunkiem i sprytem w poczynaniach, ugina nogi przed byle statystą stojącym naprzeciwko. Typowany przeze mnie na lidera zespołu, zawodzi okrutnie.

A teraz najtrudniejszy akapit. Jako że jestem silną samicą i nie boję się trudnych pytań, postanowiłam właśnie w swoim blogu odpowiedzieć na pytanie zadane mi po niedzielnym meczu ze sto razy: Jak oceniam Mariusa Linartasa? A zatem zacznę od tego, że ocenię Mariusa Linartasa W TYM MECZU, bo moja ocena ogólna pracy trenera byłaby niespójna z tym, co zaraz naskrobię. Podpisuję się pod tezą, że trener mecz przeciwko Polpharmie przegrał i to on jest głównym autorem porażki. Stracił głowę w końcówce, przyjął błędne założenie taktyczne w związku z faulami, poprzedzone kilkoma niezrozumiałymi decyzjami wcześniej. Dodatkowo, nie potrafił pozytywnie zmotywować swoich graczy do dalszej gry. Nie wykorzystał przewagi pod koszem, pozostał bezradny wobec poczynań Bena. Nie dostrzegłam logiki w sfaulowaniu świetnie rzucającego wolne Cartera. Mimo to stanę w obronie Mariusa, ponieważ wielokrotnie już w tym sezonie udowodnił kibicom, że potrafi zapanować nad zespołem i przygotować go dobrze do meczu, podejmując przy tym słuszne decyzje. Kto nigdy nie popełnił błędu, nie zaliczył wypadku przy pracy, niech pierwszy rzuci kamieniem... Czy aby na pewno trener zasłużył na publiczny lincz? Pozostawiam Was z tym pytaniem przynajmniej do kolejnego meczu. Nie wiem, co zrobi zarząd, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z jakiegoś powodu jesteśmy dla Mariusa wyjatkowo nieżyczliwi.

Dlatego w nowym roku kalendarzowym życzyłabym sobie więcej życzliwości ze strony otaczających mnie ludzi, jak najmniej wypadków przy pracy i pozostającego po nich bólu głowy.

 

Wciąż licząca na to, że będą się liczyć w grze,

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

 

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."