BABSKIE GADANIE z Jarosławem Mokrosem

BABSKIE GADANIE z Jarosławem Mokrosem

Jarosław Mokros – 24-latek pochodzący z Łodzi, swoją przygodę z profesjonalną koszykówką zaczął w 2006 roku. Reprezentował wówczas Polonię 2011 Warszawę, następnie AZS Politechnikę Warszawską i Start Gdynię. Gdy przyjechał do Słupska, niewielu wiedziało, kim jest i czego można się po tym zawodniku spodziewać. Miał przede wszystkim uczyć się koszykówki od doświadczonego trenera i starszych kolegów, ewentualnie dać przyzwoitą zmianę w meczu ligowym. Tymczasem, po słabym debiucie na słupskim parkiecie, Jarek został okrzyknięty najbardziej waleczną Czarną Panterą w drużynie!

Nie poddał się wtedy, kiedy kibice odsyłali go do niższej ligi, ani na moment nie złożył broni! Na oczach słupskich kibiców stawał się dojrzałym, mądrym i solidnym graczem, którego nazwisko coraz częściej pojawiało się w mediach w pozytywnym kontekście.

W rozmowie z Agatą Marzec Jarek dokonał podsumowania występów ENERGI CZARNYCH Słupsk w fazie szóstkowej, ocenił również własną przydatność dla zespołu, opowiedział o swoich zwątpieniach, wzlotach i upadkach.

Czas poznać Jarka Mokrosa bliżej…

A.M.: Jak oceniłbyś postawę ENERGI CZARNYCH Słupsk w fazie „szóstkowej”?
J.M.: Myślę, że wbrew temu, co wskazują wyniki poszczególnych meczów i zaledwie dwie wygrane, nasza postawa jako zespołu wcale nie była zła. Na każdy mecz wychodziliśmy zmobilizowani i nastawieni na twardą walkę. Najbardziej było to widoczne podczas gry na własnym parkiecie, zwłaszcza przeciwko drużynie z Radomia i Zgorzelca, kiedy to w pierwszej połowie potrafiliśmy zbudować prawie dwudziestopunktową przewagę i graliśmy zdecydowanie lepiej. Niestety, potem coś się zacinało, odpływała koncentracja, w konsekwencji czego musieliśmy przełknąć gorycz bolesnych porażek. W sposób nieunikniony odbijało się to na naszej psychice i pewności siebie. Mimo to nadal ciężko pracowaliśmy na treningach, ale prawda jest taka, że w szybkim czasie tylko najlepsze zespoły potrafią się odbudować. ENERGĘ CZARNYCH Słupsk zawsze kojarzyłem właśnie z walecznością, ambicjami i ostrym pazurem, głównie z tego powodu chciałem trafić do Słupska. Ważne było dla mnie to, że pomimo porażek i trudnych chwil, ani na moment nie przestaliśmy być drużyną. Wspieraliśmy się bezustannie, podawaliśmy sobie piłkę dalej – każdy do każdego – i nagle zaczęło to coraz lepiej funkcjonować. Pozwala mi to wierzyć, że niebawem zagramy na bardzo wysokim poziomie i będziemy dobrze przygotowani do ćwierćfinałowej rywalizacji z Treflem. Zrobimy wszystko, by to dla zespołu z Sopotu sezon zakończył się wcześniej.

A.M.: Czym przede wszystkim spowodowane były porażki zespołu w kolejnych meczach?
J.M.: Na pewno kontuzjami, których całą serię obserwowaliśmy w ostatnich tygodniach. Stało się to naszą udręką: najpierw Marcin Dutkiewicz, później Michał Nowakowski, Mateusz Jarmakowicz, rotacja zawodników zawężała się, a trudno utrzymać najwyższy poziom intensywności, grając w siódemkę… Mimo wszystko uważam, że zaangażowania i walki nie można nam było odmówić. Atak może nie zawsze wychodził nam najlepiej, bywają słabsze dni, ale obrona to gra serduchem, to gryzienie parkietu , żeby być cały czas w grze. I to właśnie robiliśmy. Nasza obrona była coraz sprawniejsza, co nakręcało grę ofensywną. Nie wracamy w rozmowach do tamtych porażek, wyciągnęliśmy z nich odpowiednie wnioski, koncentrując się na najważniejszej fazie w sezonie. Nadal uważam, że stać nas na zdobycie medalu.

A.M.: Czy był moment, w którym mieliście ochotę poddać się i po prostu przetrwać do końca sezonu?
J.M.: Nie, nie było takiego momentu. Kolejne porażki oczywiście podcinały nam skrzydła, ale jesteśmy twardym zespołem i mam nadzieję, że te porażki wzmocniły nas i nauczyły mądrej koszykówki. Zapewniam kibiców, że nie poddamy się do ostatniego spotkania w tym sezonie!

A.M.: W mediach mówiło się o drastycznym spadku Waszej formy i ogólnej wytrzymałości. Co na ten stan wpłynęło? Czy tylko kontuzje?
J.M.: Hmmm… nie powiedziałbym, że był to drastyczny spadek formy po rundzie zasadniczej. Spadek owszem, ale przecież każdy zespół przechodzi w trakcie sezonu wahania formy, przynajmniej dwa razy. Wiadomo, że już kawał sezonu mamy – mówiąc kolokwialnie – w nogach – i zmęczenie musiało się pojawić. Do tego doszła wąska ławka. Ale to już za nami, teraz będziemy prezentować wyższą formę.

A.M.: Dla Ciebie gra w szóstkach upływała jednak pod znakiem wzrostu formy. Co na nią tak korzystnie wpłynęło?
J.M.: Po kontuzji Marcina nagle z głębokiego rezerwowego stałem się graczem pierwszopiątkowym. Poczułem wówczas, że nie mam nic do stracenia. Trener nie wywierał na mnie jakiejś specjalnej presji, nie oczekiwał niemożliwego. Prosił tylko o maksymalną koncentrację w obronie, podkręcanie tempa w ataku i dołożenie kilku zbiórek. Od początku pobytu w Słupsku ciężko trenowałem. Gdy graliśmy 5 na 5, każdą grę traktowałem jak występ w meczu ligowym. Przychodziłem na dodatkowe treningi, by popracować indywidualnie nad swoim rzutem za trzy. Aż w końcu przyszedł czas na mnie, dostałem swoje pięć minut, zrzuciłem z siebie ciężar negatywnych opinii kibiców, odbudowałem pewność siebie i pewnie dzięki Bogu udało mi się dobrze zafunkcjonować, przynajmniej tak mi się wydaje.

A.M.: Wielu kibiców odsyłało Cię z biletem do domu już w trakcie rundy zasadniczej. Śledziłeś pojawiające się w mediach opinie? Co wówczas myślałeś?

J.M.: Początkowo byłem głupi i parę razy zajrzałem na fora internetowe. Poczytałem negatywne opinie „znawców koszykówki” na swój temat. Byłem po tej lekturze przygnębiony, zawiedziony, czułem lekką złość… którą jednak przekierowałem w podwójnie wzmożoną pracę na treningach. Później doszedłem do wniosku, że nikt nie ma prawa mnie oceniać bez pełnej wiedzy na mój temat, nie wiedząc, kim jestem i ile pracy wkładam w swój zawód, ile poświęcenia i wyrzeczenia. Od ośmiu lat jestem poza rodzinnym domem, przeżyłem na własnej skórze bolesne kontuzje, wzloty i nagłe upadki i dziś z pewnością nikomu nie pozwolę sobie wmówić, że się do koszykówki nie nadaję. Znam swoją wartość, a tę nie zawsze określają statystyki. Zawsze oddam całe serce i całego siebie na parkiecie tam, gdzie ktoś inny nie włożyłby nogi.

AM.: Czy to Andrej Urlep bardziej uwierzył w Ciebie czy Ty w Andreja Urlepa? Czego nauczyłeś się od tego szkoleniowca?
J.M.: Andrej Urlep od początku sezonu mówił mi, żebym robił swoje, ciężko pracował podczas treningów, a na pewno przyjdzie mój czas… Jak widać, miał rację. Gdy w statystykach meczowych wypadałem blado, zawsze powtarzał, że był z mojej postawy zadowolony, bo robiłem dużo dobrych rzeczy niewidocznych dla przeciętnego kibica. Trener docenia i szanuje moją pracę, za co jestem mu wdzięczny. Na pewno nauczyłem się od niego cierpliwości, gram spokojniej, mniej chaotycznie, zdecydowanie poprawiłem się przy Andreju w obronie, dodatkowo zwiększyła się moja pewność siebie, która – jak dotąd – była na bardzo niskim poziomie. W szóstkach okazało się, że potrafię przysłużyć się też w grze ofensywnej, potrzebowałem po prostu trochę luzu i zaufania.

A.M.: Przed nami gra ćwierćfinałowa z jednym przeciwnikiem, którym został Trefl Sopot. Co się, według Ciebie, wydarzy?
J.M.: Zagramy z Treflem, uważam, że jest to drużyna w naszym zasięgu i możemy z nią powalczyć jak równy z równym. Naszym celem jest wygranie chociaż jednego meczu na parkiecie w Sopocie. Na pewno nie chciałbym spotkać się w play off z Turowem Zgorzelec. Według mnie, jest to najlepsza drużyna w polskiej ekstraklasie, gra bardzo szybko, ma świetnych zawodników i na pewno będzie walczyć o mistrzostwo.

AM.: Bardzo dziękuję za miłą rozmowę. Życzę powodzenia w najważniejszej fazie rozgrywek.

Agata Marzec

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."