Babskie podsumowanie sezonu – cz.II

Babskie podsumowanie sezonu – cz.II

Jako że jestem babą wybitnie bezproblemową, postanowiłam wypunktować dziś największe problemy ENERGI CZARNYCH Słupsk w sezonie 2013/2014 (paradoks – drugą skórą kobiety), które –moim subiektywnym zdaniem – wywołały zbiorowe chlipanie Kibiców po ostatnim dla nas gwizdku. Nie ma dnia, żebym nie wracała myślami do spraw słupskiej koszykówki, nawet jeśli ta została schowana głęboko do szafy na kilkanaście tygodni. Kobita lubi wściubiać nosa w szafiaste głębiny, zwykle na jej dnie znajduje skarby i olśnienia, taka karma…

PROBLEM 1: Nasza poczciwa starowinka
Nie jest tajemnicą, że od kilku lat wraz z początkiem każdego sezonu pracownicy klubu zaczynają przygotowania od skonstruowania specjalnego listu intencyjnego do władz ligi z prośbą o warunkowe dopuszczenie Gryfii do rozgrywek na poziomie ekstraklasy. Ponieważ stworzenie owego pełnego wzruszeń, próśb i zapewnień „wyciskacza łez” należy między innymi do moich obowiązków (pozdrawiam Adroma – wiernego czytelnika babskiej twórczości w formie oficjalnego hymnu błagalnego), przyznaję, że dwa razy biorę głębszy oddech nim napiszę: projekt nowej hali jest już na stole, powstanie ona niebawem. Boję się, że przyjdzie dzień, w którym otrzymam jednak „czarną polewkę” i Czarne Pantery nie dostaną podstawowego zezwolenia. Problem wisi nad nami niczym „miecz Damoklesa”. I wcale nie jest tak, że „jakoś będzie”, po piętach depczą nam nowe koszykarskie ośrodki, prorozwojowe, perspektywiczne i z nowoczesnym zapleczem – tam potencjalni inwestorzy widzą zielone światło do działania. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Starowinka sypie się systematycznie, pomimo liftingu, nie stanowi wymarzonego obiektu do treningu czy gry, ale najmniej spełnia wymogi konstytucji marketingowej, co z kolei najbardziej marszczy brwi włodarzy ligi. Wiedzą już, że projekt jest na razie w fazie projektu… Czy poczekają?

PROBLEM 2: My i Wy, czyli „każden sobie rzepkę skrobie”
Od początku sezonu miałam wrażenie, że obserwuję wewnętrzny podział w drużynie na graczy krajowych i amerykańskich. Wprawdzie z pozoru mogło się wydawać, że znaleźli oni wspólny język i rzucają do jednego kosza, to w miarę postępowania rozgrywek ten podział był coraz bardziej widoczny. Potwierdzili to w rozmowach ze mną konkretni zawodnicy, ale nie ma sensu ich teraz przywoływać, bo chodzi o problem, a nie nazwiska. A pretensje wymykały się z ust zwłaszcza po meczach przegranych: „dlaczego zawsze gramy na Rockiego?!”, „nie ściąga go z parkietu, chociaż popełnił dwa błędy”, „dlaczego nie może wystawić mnie w pierwszej piątce”, „oni nie mają takiego poczucia odpowiedzialności za wynik jak my”, „potrafią szybko zapomnieć o przegranej i stwierdzić, że everything is OK”. W tle zespołowej rywalizacji o miejsce w tabeli, w gorącej atmosferze toczyła się walka o indywidualne wyniki i pozycję w zespole. Niby naturalne, ale w tym sezonie wyjątkowo niewygodne…

PROBLEM 3: Różnice temperamentów
Zrozumiałam jeszcze coś: o ile w świecie damsko-męskim bardzo często przeciwieństwa przyciągają się, tworząc ciekawe i udane kompilacje, o tyle w drużynie koszykarskiej obowiązuje zasada: Jaki trener, tacy podopieczni. Choleryk nigdy bezkolizyjnie nie dotrze do flegmatyka i odwrotnie. Największe niedopasowanie charakterów obserwowaliśmy na linii Andrej Urlep – Mateusz Jarmakowicz. O co mieli wzajemne pretensje, wiedzą najlepiej sami zainteresowani, nas interesuje fakt, że nie potrafili się ponad nie wznieść. W związku z czym trudno obiektywnie ocenić realną przydatność Mateusza dla zespołu. Inaczej reagował Jarek Mokros, zaprezentował postawę pełnego posłuszeństwa, nie dyskutował z trenerem, nie walczył. Przedłużeniem myśli trenerskiej na parkiecie miał być nowy rozgrywający, ściągnięty jako ostatni do zespołu – na przyjazd Zi od początku mocno naciskał Andrej Urlep. Wydaje mi się, że wybronił się ze swojego wyboru, choć zawodnika otrzymaliśmy nietypowego i zagadkowego. Podobno gest politowania bardzo często wywoływał na twarzy trenera Rocky, któremu wielokrotnie oberwało się za „gwiazdorzenie i brawurę”.

Ponieważ mam ograniczone pole do cotygodniowej refleksji, na tych trzech kolejnych wnioskach zakończę dzisiejsze podsumowanie. Licząc na to, że klubowy kolega Mateusz nie zauważy dygresji, pozwolę sobie odnieść się do listy koszykarzy powołanych do narodowej kadry. Nawet wśród słupszczan usłyszałam głos oburzenia, że tacy gracze jak Jarek Mokros czy Tomek Śnieg - jako reprezentanci krajowej śmietanki – to skandal! Nie zgadzam się. Polska koszykówka dramatycznie potrzebuje sukcesu zanim stanie się zakurzoną dyscypliną niszową. Ewentualny sukces kadry pociągnąłby za sobą wzrost medialnej popularności. Powierzyliśmy stanowisko nowemu trenerowi, niechże spokojnie dobierze i zrealizuje on swoje metody. Zaproszenie do współpracy wybranych graczy jest dla nich automatyczną nobilitacją. Tyle że część z nich będzie oczywiście decydować o stylu kadry, część będzie uczyć się basketu od bardziej doświadczonych kolegów. Według mnie, idealna strategia. Wielu Polaków nie wypadnie z formy podczas wakacji, zmieni na chwilę środowisko, spotka się z nowymi rozwiązaniami taktycznymi – dobrodziejstwa są oczywiste. Życzę powodzenia naszym dwóm wyżej wymienionym Panterom, mając nadzieję, że bagaż zdobytych w kadrze doświadczeń przywiozą do Słupska…
Pozdrawiam coraz mocniej posezonowo,

Agata Marzec
renifit@o2.pl

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."