NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY

NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY

Nazywany jest „ojcem chrzestnym” słupskiej koszykówki, którą potrafił podźwignąć z głębokiego dna i w szybkim tempie postawić na nogi. Podarował słupszczanom dwa brązowe medale, grę w europejskich pucharach oraz wiele spektakularnych zwycięstw i niezapomnianych emocji. Na co dzień od świtu do nocy pochyla się nad ważnymi dokumentami, steruje działaniami grupy pracowników, odbierając w tym samym czasie mnóstwo telefonów czy monitorując materiały pojawiające się na oficjalnej witrynie zespołu. Jego podzielność uwagi wzbudza respekt i stanowi niedościgniony wzór dla współpracowników. Czy zastanawialiście się, jakim typem człowieka jest Prezes Słupskiego Towarzystwa Koszykówki – Andrzej Twardowski?

Agata Marzec – rzeczniczka ENERGI CZARNYCH Słupsk – postanowiła na chwilę odciąć go od wszelkich zadań, zabarykadować drzwi do jego gabinetu, ukryć telefon i sprawdzić jak twardy charakter mieć trzeba, by zarządzać koszykarskim podwórkiem wbrew przeciwnościom i piętrzącym się problemom.

 

Nie jest łatwo być prezesem klubu, którego budżet uzależniony jest od datków sponsorów. Czasy są trudne, firmy powściągliwe w wydawaniu pieniędzy, Panu jednak udaje się przekonać ich właścicieli do sponsorowania słupskiej koszykówki. Jakie cechy Pańskiego charakteru decydują o tak wysokiej skuteczności?

 

Na wysoką skuteczność składa się kilka ważnych cech, które dopiero w połączeniu skutkują efektywnym działaniem. Posiadam umiejętność nawiązywania relacji z ludźmi z wielu środowisk, często walczących ze sobą lub skrajnie różniących się w poglądach.

Udaje mi się wypracować ich zaufanie, a także zbudować autorytet, dzięki czemu łatwiej jest podejmować poważne działania ponad podziałami, a w konsekwencji – zdobyć środki dla klubu.  Dotyczy to zwłaszcza osób, które na co dzień zajmują się biznesem. Dziś wiele z nich korzysta z mojej wiedzy i nabytego przez lata pracy doświadczenia. Potrafimy wspólnie zaaranżować akcje charytatywne, by pomóc potrzebującym, połączyć się jakimś utylitarnym celem, nawet jeśli różnimy się poglądami czy charakterami.

W przeszłości był Pan pochłonięty grą w brydża i w szachy. Przez wiele lat jeździł Pan na zawody sportowe, rywalizował z innymi, potem sam kształcił Pan młodzież w tych dyscyplinach. W jaki sposób ukształtowana w ten sposób strategia myślenia pomogła Panu w życiu i pracy zawodowej?

Gra w szachy i brydża uczy przede wszystkim logicznego myślenia, a to na nim opiera się strategia działania w biznesie. Poza tym, grając, kształtujemy doskonałą pamięć, uczymy się analizy sytuacji, przewidywania ruchów innych ludzi – są to uniwersalne umiejętności niezbędne w mojej pracy.

Szachy i brydż nauczyły mnie dalekosiężnego patrzenia w przyszłość i strategicznego planowania jej, co wykorzystuję dzisiaj z dobrym skutkiem 

To między innymi z inicjatywy mojej i dyrektora szkoły przy ul. Banacha – Zdzisława Walo – eksperymentalnie, ale i z powodzeniem – wprowadzono w Słupsku grę w szachy jako przedmiot obowiązkowy. W swoim życiu byłem trenerem szachowym i brydżowym. Doczekałem się wielu cennych sukcesów swoich wychowanków, których osobiście również dopingowałem w licznych zawodach. W obu dyscyplinach zdobywali oni tytuły Młodzieżowych Mistrzów Polski.

W koszykówce – podobnie jak w innych dyscyplinach sportu – sukcesu nie mogą zagwarantować ani pieniądze ani znane nazwiska. Czasami można być wewnętrznie przekonanym, że zrobiło się wszystko, by stworzyć podwaliny pod dobry wynik końcowy, mimo to – nie udaje się. Skąd czerpie Pan wówczas motywację do dalszego działania? Nie ma Pan dosyć koszykówki?

Posiadam wewnętrzną wielką siłę woli i nie jest łatwo mnie złamać. Porażki, które ponosi każdy, nie podcinają mi skrzydeł, przeciwnie - mobilizują do dalszego lepszego działania. Każdy z nas wiele razy upada w ciągu swojego życia, ale największą sztuką jest umiejętność szybkiego podnoszenia się. Porażka jest dla mnie dobrą lekcją i materiałem do wyciągania wniosków. Nie mam wyjścia, prowadzę klub, co samo w sobie wymusza na mnie błyskawiczne reagowanie w sytuacjach trudnych. Tu nie ma czasu na żal, łapanie się za głowę, trzeba działać! Zakochałem się w koszykówce wiele lat temu, nie wyobrażam sobie bez niej życia i wciąż chce mi się dla niej starać. Poza tym, mam charakter wojownika,  który ukształtowałem sobie w trakcie rywalizacji, w tym  sportowej i w czasie służby wojskowej.

Będąc w wojsku, jako podchorąży artylerii, dowodząc baterią artylerii, zdecydowanie wygrałem konkurencję w ramach ćwiczeń poligonowych 7 i 8 Dywizji, przez co zostałem doceniony awansem oficerskim, a także prowadziłem artyleryjskie strzelania egzaminacyjne dla zawodowej kadry oficerskiej.

Ale nie samą koszykówką prezes żyje… Jakie inne, pozasportowe, zainteresowania pozwalają Panu oderwać myśli od pracy?

Zawsze, nawet w chwilach nawarstwiania się obowiązków związanych z pracą - staram się znaleźć czas na rozwijanie swoich zainteresowań, do których należą: historia dziejów świata (dzięki niej dobrze orientuję się w chronologii wydarzeń, porządkowaniu faktów czy procesów), historia filozofii (ze szczególnym naciskiem na analizę systemów myślowych najwybitniejszych umysłów), religioznawstwo (zwłaszcza jako filozoficzne systemy) oraz malarstwo impresjonistyczne i polskie. Nabytą w ten sposób wiedzę o świecie staram się wykorzystywać nie tylko dla rozwoju osobistego, ale także dla poprawiania środowiska, w którym żyję i działam. Poza tym, interesuje mnie tematyka odnawialnych źródeł energii. Moją pasją jest również działalność społecznikowska. Cały czas pomagałem i pomagam tysiącom osób w rozwiązywaniu ich zawodowych oraz losowych problemów, chętnie dzieląc się zdobytym doświadczeniem oraz pomagając im zdobywać środki na leczenie i przezwyciężenie trudnych sytuacji życiowych.

Pracoholizm to podobno jednostka chorobowa, jednak bez Pańskiego zaangażowania w pracę nie byłoby dwóch brązowych medali i spektakularnych wygranych, które przechowują w swojej pamięci słupszczanie. Ile trzeba poświęcić, by dać radość innym?

Trzeba poświęcić dużo mądrze przepracowanego czasu… Należy szanować czas, umiejętnie nim dysponować, w pełni angażować się we wszystkie swoje działania, oddawać całego siebie, zwalczać lenistwo i wewnętrzny marazm. To tak jak w koszykówce, na rozegranie akcji masz 24 sekundy, musisz zdążyć, inaczej piłkę przejmuje przeciwnik. Oczywiście mam świadomość tego, że prowadzenie klubu w sposób nieunikniony wiąże się z zaniedbywaniem rodziny, choć staram się robić wszystko, by odczuwała to w jak najmniejszym stopniu. Jednak nie zawsze się to udaje, dlatego tym bardziej jestem ogromnie wdzięczny swojej rodzinie za cierpliwość i wyrozumiałość.

Nie jest Pan rodowitym słupszczaninem, a jednak związał Pan swoje życie z tym miastem i w nim realizuje się zawodowo. Wielokrotnie proponowano Panu objęcie ciekawych stanowisk w większych miastach, mimo to – konsekwentnie ja Pan odrzucał. Tu jest Pana miejsce na ziemi? Czy możemy liczyć na to, że słupska koszykówka nie straci głównego sternika?

Tak, Słupsk jest moim domem: czuję się z nim związany zawodowo i emocjonalnie. Dlatego zdecydowałem się podjąć wyzwanie, jakim jest kandydowanie w wyborach prezydenckich i powołałem do życia Słupskie Porozumienie Obywatelskie. Chciałbym wprowadzić ważne zmiany w życiu miasta, takie, które sprawiłyby, że nie trzeba by było z niego wyjeżdżać w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia.  Rzeczywiście, regularnie otrzymywałem i otrzymuję propozycje objęcia ciekawych posad w innych firmach, klubach, jednak ja wolałbym do końca być związany ze Słupskiem. Słupsk jest miastem o dużym potencjale niewykorzystanym przez obecne władze i partie polityczne. Mieszkańcy miasta mają wiele trafnych pomysłów na zmiany, są aktywnymi społecznikami, działają dla idei, nie tylko dla wymiernych korzyści. To bezcenne postawy, które należy zauważyć i wypromować. Trzeba też dostarczyć odpowiednich bodźców tym, którym brakuje jeszcze odwagi do podzielenia się swoimi pomysłami i wizjami. To mieszkańcy tworzą miasto, należy dopuścić ich do głosu, zmotywować do działania, dać impuls. Zrobię wszystko, żeby tak było. Myślę też, że z koszykówką i ENERGĄ CZARNYMI nie rozstanę się nigdy.

W sporcie – podobnie jak w życiu czy w biznesie – każdego dnia trzeba zmierzyć się z problemami lub nieoczekiwanymi wydarzeniami. Łatwo w takiej sytuacji poddać się lub stracić autorytet. Panu od wielu lat udaje się utrzymać stanowisko i rozwijać swoją ambitną wizję dalej. Jaka jest Pańska recepta na przeciwności losu?

Silnego czy – jak woli wielu – twardego charakteru – nauczyła mnie przebyta przed laty choroba, która w 1999 roku na półtora roku wyłączyła mnie z wszelkich działań i aktywności na wszystkich płaszczyznach. Stoczyłem pierwszą tak trudną walkę, z której jednak – dzięki ogromnej woli życia - wyszedłem zwycięsko. Nie stało się tak od razu: w czasie mojej nieobecności firma popadła w duże kłopoty, a przynosząca poprawę kondycji fizycznej rehabilitacja została nagle przerwana przez groźny uraz kręgosłupa spowodowany wypadkiem samochodowym. Wszystko, co do tej pory udało mi się zbudować, zawaliło się. Był to niezwykle trudny czas dla mnie i mojej rodziny. Ale wola życia i wola działania napędzały mnie wewnętrznie do odbudowania swojego życia. Od tego czasu mam w sobie wielką wiarę w to, że każdą przeciwność można pokonać. Do tego potrzebna jest umiejętność pozytywnego myślenia, niezależnie od okoliczności. Czasem silna wola oraz dobre nastawienie nie wystarczają, więc oprócz cech wolicjonalnych człowiek musi posiadać szeroki pakiet konkretnych umiejętności. Ja codziennie pracuję nad swoim rozwojem, jestem głównie samoukiem, który zakłada, że człowiek mądry potrafi korzystać z własnej mądrości i mądrości innych ludzi.

Jeśli podobał Ci się ten materiał kliknij 'Lubię to!' lub Tweetnij. Po więcej ciekawych rzeczy zajrzyj na nasz fanpage na Facebooku lub kanał na Twitterze. Będzie gorąco!

Więcej zdjęć:

[gallery link="file" order="DESC" columns="4" orderby="post_date"]

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."