NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY

NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY

Kolejnym NIEKONIECZNIE CZARNYM CHARAKTEREM, namierzonym i przypartym do muru przez rzeczniczkę ENERGI CZARNYCH Słupsk – Agatę Marzec – gradem pytań, został Karol Gruszecki. Bez wątpienia jest on jednym z najbardziej tajemniczych koszykarzy w słupskim zespole, okazuje się jednak, że jednocześnie jednym z najbarwniejszych i najciekawszych osobowościowo. Drodzy Kibice, poznajcie bliżej Karola!

Jakie znaczenie ma w Twoim życiu koszykówka? Ile jesteś w stanie dla tej dyscypliny sportu poświęcić?

Poświęcenie… hmm,  to chyba nie jest najlepsze słowo oddające mój stosunek do koszykówki.  Kilka lat temu zdecydowałem się na wybór konkretnej drogi życia związanej z koszykówką oraz realizowanie swoich celów w sporcie. Była to w pełni świadoma decyzja. Wiadomo, czasami trzeba zrezygnować z różnych przyjemności, ale ja robię to w pełni świadomie, jest to konsekwencją wcześniejszego wyboru. Najtrudniejsze wydają się rozstania z rodziną i przyjaciółmi, z którymi mogę się już nigdy nie zobaczyć albo na spotkanie z którymi będę  musiał czekać cały rok. Z drugiej strony - każdego roku poznaję nowych ludzi z różnych krajów, przez co w wakacje nigdy nie pozostaję dłużej w domu i mam okazję  zwiedzać nowe ciekawe miejsca.

Życie koszykarza to przede wszystkim spotkania z ludźmi o różnych charakterach i osobowościach. Z pewnością nie jest łatwo ze wszystkimi współpracować. Z jakimi typami graczy najłatwiej Ci nawiązać relacje? Z którymi koszykarzami przyjaźnisz się poza parkietem?

Trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie… Zacznijmy od tego, że dosyć łatwo jest zainicjować rozmowę i poznać nowych zawodników. To kwestia komunikacji niezbędnej do tego, by wspólnie grać.  Grając w tę samą dyscyplinę sportu, wykazujemy wiele wspólnych cech charakteru, mamy też wiele wspólnych tematów do rozmów. Każda drużyna jest jednak inna. W USA od razu złapałem dobry kontakt z zawodnikiem, który pochodził z Brazylii. On doskonale rozumiał, w jakiej bylem sytuacji jako obcokrajowiec, i naprawdę bardzo pomógł mi dostosować się do życia w Stanach. W kolejnych latach poznałem również wielu zawodników z Europy, z którymi dobrze się współpracowało na parkiecie i poza nim. W swoim ostatnim roku na amerykańskiej uczelni zdecydowanie większość  czasu spędzałem z juniorami i seniorami. Wszyscy mieliśmy jasno określone cele na sezon, dlatego spędzaliśmy w sali bardzo dużo czasu, poza tym staraliśmy się codziennie motywować siebie nawzajem do jeszcze cięższej pracy.  Kilku zawodnikom z tej grupy udało się kontynuować granie w koszykówkę w Europie, przy czym cały czas pozostajemy w stałym kontakcie. Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej w zeszłym roku, kiedy grałem w Belgii. Tam prawie wszyscy zawodnicy byli starsi ode mnie, mieli już swoje rodziny. Graliśmy zwykle dwa mecze w tygodniu, dużo czasu spędzaliśmy w podróżach, a po treningu każdy szybko wracał do domu, by jak najdłużej w nim pobyć. W Słupsku sytuacja była inna. Kilku chłopaków znalem z wcześniejszej gry. Szybko dobry kontakt nawiązałem z Mateuszem Jarmakowiczem, Tomkiem Śniegiem i Jarkiem Mokrosem (których serdecznie z tytułu wywiadu pozdrawiam). Dobry kontakt miałem też z Derrickiem Zimmermanem – mieszkał blisko mnie i razem jeździliśmy na treningi. W tym sezonie z Willem Franklinem  rozmawiałem już przed jego przylotem do Polski. Z Kylem i Beanem często wspólnie żartujmy i wspominamy czasy z college’u.

Zdecydowałeś się na wyjazd do USA, by tam szlifować koszykarskie rzemiosło. Uczęszczałeś do college’u w North Platte, dwa sezony spędziłeś w lidze NCAA, grając w barwach zespołu Texas Arlington. Czy rzeczywiście amerykańska szkoła jest aż tak nowatorska i skuteczna? Opowiedz, proszę, o czasie tam spędzonym.

Nie pamiętam teraz dokładnie statystyk, które kiedyś pokazywał nam trener w UTA, ale wypływały z nich następujące wnioski: 5% zawodników, którzy skończyli liceum w USA, ma później szansę na granie w koszykówkę na studiach, ale tylko 3% zawodników z college’u faktycznie kontynuuje grę po studiach. Te cyferki dają jeszcze więcej do myślenia, kiedy uświadomimy sobie, że w samej pierwszej dywizji NCAA jest około 320 szkół. Tak więc - odpowiadając na pytanie czy amerykańska szkoła jest nowatorska i skuteczna: system szkół stanowi przede wszystkim biznes, w który ludzie nie boją się inwestować, a każde dziecko od najmłodszych lat bawi się piłką gdzieś na boisku przed domem. Z takiej masy dzieciaków trenujących koszykówkę łatwiej jest później wybrać te, które naprawdę maja talent do danej dyscypliny sportu. Metody treningowe są jednak bardzo podobne, może z tym wyjątkiem, że zagranicą  intensywność trenowania i fizyczność gry jest na dużo wyższym poziomie, ale moim zdaniem bierze się to z tego, że rywalizacja o miejsce w drużynie również jest dużo większa. U nas w Polsce czasami  problemem jest, żeby wyselekcjonować dziesięciu  ludzi do gry. Ja sam pamiętam, że gdy miałem 15lat, to na treningi na początku tygodnia przychodziły 4 osoby. W USA nie ma problemu, żeby zebrać 20 zawodników w wakacje i grać z nimi non stop na dwóch boiskach przez 2 godziny.

[gallery link="file" order="DESC" columns="4" orderby="post_date"]

Mówi się, że koszykówka to zwykle największa miłość koszykarza. Ja jednak, w imieniu wszystkich fanek, zapytam Cię o ideał kobiety. Jakie cechy fizyczne i osobowościowe musi wykazywać wybranka Karola Gruszeckiego i czy udało się ten ideał odnaleźć?

Jeśli chodzi o wygląd, to chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że powinna być to kobieta o urodzie klasycznej, ale i nietuzinkowej. Powinna mieć szafirowe oczy, zmysłowe usta, wdzięczny sposób poruszania się, nienachalny uśmiech. Jednym słowem - powinna być kwintesencją kobiecości. Powinna mieć również swoje pasje oraz być wysportowaną. Ja lubię aktywnie spędzać czas, nawet kiedy mam tylko jeden  dzień wolny, a tym bardziej w wakacje, kiedy zawsze staram się pozostać w dobrej formie fizycznej.

Jako młody chłopak, bardzo szybko musiałeś usamodzielnić się i zadbać o siebie w różnych miejscach tymczasowego pobytu. Długo uczyłeś się tej samodzielności? Co było najtrudniejsze?

Pierwsza wyprowadzka z domu nie była aż tak trudna jak myślałem. W wieku 16 lat przeniosłem się do liceum w Warszawie. Mieliśmy tam jednak bardzo dobre warunki do życia, a ja już wcześniej znałem większość chłopaków z drużyny. To było trochę jak taki całoroczny obóz sportowy. Wstawaliśmy o 6 rano, a wracaliśmy do domu po 20. Bardzo szybko musieliśmy nauczyć się samodyscypliny (odrabianie lekcji, pranie, sprzątanie, gotowanie), aby podołać wszystkim obowiązkom i jeszcze wyspać się przed następnym dniem. Po liceum wyleciałem na studia do Stanów i tam już od pierwszego dnia zaczęła się prawdziwa szkoła życia. Miałem tylko kilka dni na dostosowanie się do nowych ludzi, odmiennej kultury, a przede wszystkim - do języka. W całym miasteczku Liberal nie było ani jednej osoby, która by mówiła po polsku! Miałem jednak szczęście, ponieważ znalazłem kilka osób, które bardzo starały się mi pomóc.  Koszykówka również była tam zupełnie inna: teoretycznie, z jednej strony powinniśmy być kolegami z drużyny, a w rzeczywistości tak naprawdę od pierwszego treningu każdy rywalizował o jak najlepszą pozycję w drużynie i codziennie trzeba było ostro walczyć o swoje miejsce na parkiecie. Mnie było wyjątkowo trudno, ponieważ przegrywałem każdą kłótnię, a najczęściej musiałem po prostu w milczeniu słuchać tego, co mówią inni (mój angielski wtedy nie był jeszcze zbyt dobry). W tamtym roku musiałem naprawdę szybko dorosnąć. Bylem zdany tylko na siebie, pojawiło się wówczas wiele momentów, kiedy  miałem wszystkiego dosyć, jednak nie poddałem się. Następne cztery  lata były już dużo lepsze: odnosiłem sukcesy na parkiecie,  jak również udało mi się skończyć szkołę. Jedynym problemem było spędzanie świąt z rodziną na Skypie. :).

Jakie są Twoje koszykarskie marzenia? Czy realizujesz w swojej karierze konkretny plan działania czy raczej rządzi nią przypadkowość?

Koszykarskie marzenia miałem kiedyś, jako młody chłopak. Wiadomo, wtedy każdy marzył o graniu w drugiej lidze, ekstraklasie czy NBA. Teraz patrzę w przyszłość dużo bardziej realistycznie. Plan mam taki, żeby z sezonu na sezon rozwijać się i stawać się lepszym koszykarzem. W każde wakacje staram się poprawiać  jakiś element swojej gry. Przypadkowości raczej, w tym, co robię, nie ma, ale też nie nastawiam się szczególnie na konkretny cel, ponieważ w sporcie każdego dnia mogą  przytrafić się chociażby kontuzje, które mają moc nawet zakończenia kariery. Mam bardzo ambitne plany, z których sam siebie rozliczam każdego dnia, ale nie jestem wskazać na przykład konkretnych klubów, w jakich chciałbym zagrać. Chociaż,  jeżeli w Łodzi ponownie powstałaby drużyna koszykarska, to na pewno rozważyłbym powrót do domu.

Jacy ludzie inspirują Cię na co dzień?

Jest dużo osób, które w jakimś stopniu podpatruję w ich działaniach. Chyba nie będę oryginalny jeżeli powiem, że są to między innymi moi rodzice. Oni przede wszystkim motywują mnie do ciągłej pracy i myślenia. W dzieciństwie namawiali mnie w domu, bym układał puzzle albo bawił się kostką Rubika. Mam również kilku przyjaciół (Łukasz Kok, Marek Popiołek, Rafał Holnicki, Bartek Piotrowski), którzy zawsze dają mi mocnego kopa do dalszej pracy. Często czytam książki znanych trenerów amerykańskich albo biografie zawodników, którzy odnieśli znaczące sukcesy i od każdego staram się zapamiętywać jakieś cenne wskazówki, które później mogłyby mi pomóc. Moj trener z UTA nauczył mnie podkreślania pewnych fragmentów w książce, które są najbardziej warte zapamiętania. Dawało mi to inspirację do dalszej pracy.

Dla słupskich kibiców Karol Gruszecki wciąż jest zawodnikiem zagadkowym i nieodkrytym. Chcielibyśmy poznać Cię lepiej. Gdybyś miał porównać siebie do wybranych postaci filmów, jakie byłyby to postacie i dlaczego?

Leonardo z Żołwi Ninja, dlatego że lubię pizzę i niebieski kolor. Koledzy w USA czasami śmiali się zauważając, że wyglądam i mówię jak Ivan Drago. Dobrze odnalazłbym się chyba również w roli Frodo Baggins'a, ponieważ nigdy się nie poddaję i na przekór wszelkim przeciwnościom dążę do obranego celu.

Jakie są Twoje pozasportowe zainteresowania? Gdzie można spotkać Cię poza parkietem?

Najczęściej chyba w kuchni;). A tak poważnie, to cenię sobie swój prywatny czas i chyba wystarczy że można nas – koszykarzy - spotkać w hali, gdzie spędzamy po sześć godzin każdego dnia.

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."