NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY: Roman Sikorski

NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY: Roman Sikorski

Zapraszamy do poznania kolejnego NIEKONIECZNIE CZARNEGO CHARAKTERU związanego ze słupską ekipą, którego niemalże siłą „zachęciła” do odkrycia swojej natury rzeczniczka ENERGI CZARNYCH Słupsk – Agata Marzec. Roman Sikorski, chociaż jest jednym z najdłużej pracujących w klubie mężczyzn, do tej pory unikał rozgłosu, na tyle skutecznie, że trudno znaleźć o nim jakąkolwiek wzmiankę w medialnej przestrzeni. Jednak przyszła kryska na Matyska… Nasz Dyrektor ds. organizacyjnych  został posadzony przy stole i zanim się zorientował w sytuacji, odpowiadał już na pierwsze pytanie. Pamięta wszystkie składy drużyny w ekstraklasie, jak również sprzed awansu do najwyższej klasy rozgrywek. Wykazuje niesłychaną umiejętność przebywania w kilku miejscach jednocześnie w tym samym czasie. Stąd też pod względem organizacyjnym nie ma sobie równych! Dzięki niemu można ze spokojem i poczuciem bezpieczeństwa uczestniczyć w meczu w hali Gryfia, Roman zawsze ma oczy dokoła głowy i potrafi niezwykle szybko reagować na sytuacje zapalne, a tych nie brakuje.

Romku, po raz pierwszy spotkaliśmy się w „Ekonomiku”, gdzie oboje pracowaliśmy wcześniej jako nauczyciele. Ja uczyłam języka polskiego, Ty – matematyki. Pamiętam, że gdy pojawiłam się w pracy pierwszego dnia, musiałam zmierzyć się z Twoją żywą legendą, wszyscy opowiadali o Romanie! Skoro byłeś spełnionym i wielokrotnie nagradzanym tytułem „Belfra Roku” matematykiem, dlaczego i w jaki sposób znalazłeś się w klubie koszykarskim?

Początkowo faktycznie myślałem, że żywot belfra jest mi pisany i wypełni całe moje życie zawodowe, aż do emerytury. Ale życie – jak to życie – lubi sprawiać nam psikusy i niespodzianki. Stało się tak, że w 1998 roku zostałem oddelegowany do Kuratorium Oświaty w Słupsku, gdzie powołano mnie do pełnienia funkcji wizytatora. Przez pewien czas nadzorowałem zatem pracę ogólniaków w dawnym województwie słupskim. I wtedy wydarzyło się to, co słupszczanie pamiętają jako wyjątkowy czas grozy na słupskich ulicach. Mam tu na myśli wydarzenia związane ze śmiercią młodego kibica koszykówki – Przemka Czai. Kuratorium oddelegowało mnie wówczas do pełnienia bardzo ważnej funkcji podczas trwania zamieszek – miałem pośredniczyć w kontakcie kibiców z klubem. Był to mój pierwszy kontakt z tą koszykarską organizacją. Gdy zamieszki ustały, zostałem zaproszony przez ówczesny Zarząd KS Czarni Słupsk do pracy w klubie, którego nowoczesne struktury rozpoczęto wówczas tworzyć. Od tego czasu w szkole pracowałem już tylko na pół etatu, łącząc żywot belfra, z którym trudno było się rozstać, z zadaniami w klubie. Do siedziby klubu przy ulicy Grottgera przychodził do mnie często obecny prezes – Andrzej Twardowski, z którym piliśmy kawę, rozmawiając o możliwościach rozwoju klubu. Był on moim dobrym kolegą z roku (studiowaliśmy razem matematykę). Tak więc od początku byłem świadkiem tego, jak tworzyła się „era prezesa Twardowskiego”.

Które czynności związane z pracą  w klubie lubisz wykonywać, a które są dla Ciebie przykrym obowiązkiem?

Pracuję w klubie już wiele lat, wypracowałem wiele metod pracy, usprawniając przy tym jej technikę, praktycznie nie ma zadania, którego nie potrafiłbym czy nie lubiłbym wykonywać. Jednak muszę przyznać, że najtrudniejszym i najbardziej stresującym dla mnie okresem jest przygotowanie pełnej dokumentacji do startu drużyny w rozgrywkach. Wiąże się to z podporządkowaniem surowym wytycznym regulaminów, zwłaszcza w zakresie hali i organizacji imprezy masowej, a tu – jak wszyscy doskonale wiedzą – mamy swoje ograniczenia w postaci stanu hali „Gryfia”. Kochamy naszą Staruszkę, ale przestała spełniać nasze oczekiwania, a raczej oczekiwania urzędników, obojętnych na jej wewnętrzny urok. Jak, Agatko, wspomniałaś, jestem jednoosobowo odpowiedzialny za organizację i prawidłowy przebieg meczów. Dlatego wielokrotnie byłem świadkiem czy uczestnikiem przykrych incydentów związanych z przejawami chuligaństwa w hali, a potem – z policyjnymi przesłuchaniami. Ale jako stary belfer – radzę sobie z nimi. Po wielu latach pracy umiem „poszufladkować” sobie kategorie spraw, podzielić je na pilne i mniej pilne. Dzięki temu nie gubię się w gąszczu spraw zawodowych.

[gallery link="file" order="DESC" columns="4" orderby="post_date"]

Są w klubie sytuacje niemożliwe do przejścia dla pozostałych pracowników. Mam tu na myśli załatwianie procedur czy wypełnianie sztywnych punktów regulaminów. Wówczas pada w klubie hasło: Na kłopoty – Sikorski! Czy możesz zdradzić nam swoje techniki perswazji oraz to, w jaki sposób udaje Ci się skutecznie domykać nawet najtrudniejsze sprawy?

Metoda jest prosta – podczas meczu, nie oglądać meczu! Czasami nie mam pojęcia, jaki wynik pokazuje tablica świetlna, zwyczajnie nie mam możliwości śledzenia wydarzeń na parkiecie. Ja obserwuję ludzi (śmiech)… Jakkolwiek to brzmi, jest prawdą. Dopiero w domu spokojnie odtwarzam sobie mecz na VIDEO. Muszę przecież reagować szybko i sprawnie. Nawet komisarz zwykle śmieje się, stwierdzając po meczu, że Sikorski działa z prędkością światła i jest już wszędzie tam, gdzie on dopiero zdiagnozował taką konieczność. Jak przekonuję formalistów i służbistów do swoich racji? Cóż, należę do ludzi pogodnych i chyba to w dużym stopniu jest kluczem do sukcesu. Potrafię rozładować napięcie, wetknąć dyskretnie drobny żarcik, zawsze jednak podchodzę z szacunkiem do drugiej osoby i jej pracy. Jedną ze stosowanych przeze mnie taktyk jest taki sposób negocjowania, który drugiej stronie pozwala odczuć, że jest górą w dyskusji. Wychodzę z założenia, że nigdy nie wolno startować w dyskusji z pozycji wygranej!

Zajmujesz się m.in. mieszkaniami naszych zawodników. Przygotowujesz je na czas ich pobytu w Słupsku, na koniec przygotowujesz protokół zdawczy. Zdradź nam, proszę, który z dotychczasowych reprezentantów ENERGI CZARNYCH Słupsk był największym pedantem, a który największym bałaganiarzem.

(Gromki śmiech) Absolutnie nie zdradzę klubowych tajemnic! Zapewnienie odpowiednich warunków mieszkań zawodników to także mój obowiązek. Żeby sprostać niektórym wymogom koszykarzy, trzeba się naprawdę solidnie nagimnastykować! To mistrzostwo świata! Każde mieszkanie musi być wyposażone w odpowiedni pakiet telewizyjny, zapewniać dostęp do internetu itp. W tym zakresie nieocenioną pomocą wykazuje się każdorazowo nasz sponsor – firma VECTRA – zapewniając zawodnikom szeroki pakiet programów zagranicznych. Nikogo nie zdziwię, jeśli powiem, że zawodnicy przebywający w Słupsku z rodziną, pozostawiają po sobie większy porządek niż single. Samotni gracze chcą na ogół dwupokojowego mieszkania, zawodnicy z rodziną – trzypokojowego lub nawet jeszcze większego. Oczywiście każdy z nich chce mieszkać jak najbliżej hali „Gryfia”, by nie tracić czasu na dojazdy do hali. Standard mieszkań musi być wysoki, prawie amerykański. Największym pedantem był w swoim lokum ś.p. John Taylor, który postawił bardzo wysoką poprzeczkę innym w zakresie dbania o porządek. Do dziś nikt go nie przebił. Jego mieszkanie zawsze było pachnące i wyglądało tak, jakby przed chwilą gościła w nim Perfekcyjna Pani Domu.

Nie wszyscy wiedzą, że poza godzinami pracy można Cię spotkać … w wodach Bałtyku! I to niezależnie od pory roku! Bycie morsem to tylko jeden z Twoich ukrytych talentów. Czym jeszcze zajmujesz się w wolnym czasie?

Morsuję od trzech lat, regularnie, co tydzień, w sobotę lub niedzielę. Uzależniłem się od tego! W morzu morsuję, gdy pogoda jest bezwietrzna, w przypadku pojawienia się wiatru oraz fal – pakuję się i jadę do Leśnego Dworu. Tam kąpię się w Słupi. Moje największe osiągnięcie w tej dziedzinie to 40-minutowy pobyt w wodzie przy temperaturze wody równej 0 st.! Ponadto, we wtorki i czwartki, przez dwie godziny gram w siatkówkę, robię to od wielu lat. Raz w tygodniu, w jednym z hoteli w Ustce, poddaje się zabiegom odnowy biologicznej, zwłaszcza w saunie. Pozostały czas wolny spędzam już tylko z rodziną. Może warto wspomnieć, że w młodości miałem inne zainteresowania – w czasie studiów grałem na gitarze oraz na flecie, uświetniając występami msze akademickie.

Od niedawna jesteś dumnym dziadkiem, podobno najlepszym na świecie. Twoi synowie podkreślają, że doskonale animujesz czas dzieciom, wymyślasz oryginalne zabawy i prezenty. Sprawia Ci to aż taką przyjemność?

Dziadkiem jestem od ponad dwóch lat: mam wnuczka Mieszka (2 lata) i wnuczkę Zosię (1,5 roku). Razem z żoną kompletnie zwariowaliśmy na ich punkcie! Uwielbiamy spędzać z nimi czas, zabieramy dzieciaki na spacery, wymyślamy im niebanalne zabawy, oczywiście – jak to zakochani dziadkowie – rozpieszczamy je, kupując nowe zabawki. Powstał nawet swoisty podział zadań w tej materii. Otóż żona lubuje się w kupowaniu zabawek dla Zosi, ja z kolei głowię się nad tym, czym zaskoczyć Mieszka.

Obserwujesz słupski klub od kilkunastu lat. Jakie etapy w jego funkcjonowaniu dostrzegasz z perspektywy czasu? Do którego etapu masz szczególny sentyment?

Z klubem jestem związany, zawodowo i emocjonalnie, ponad 15 lat. Szczególnie dobrze pamiętam nasze boje z Astorią Bydgoszcz o wejście do ekstraklasy. Wówczas po raz pierwszy zacząłem pojawiać się na meczach wyjazdowych. Po awansie do ekstraklasy miało być już tylko „bosko”, jak wyszło – każdy wie. Jednak całym sercem zawsze byłem przy klubie i z klubem, pomagałem mu w najtrudniejszych chwilach i mam swój wkład w wyprowadzeniu klubu na prostą. W pierwszych latach istnienia STK SSA było tylko trzech zatrudnionych na pełnym etacie pracowników. Obecnie w naszej spółce pracuje już dość pokaźny sztab ludzi, niezwykle mocno zaangażowanych w koszykarski projekt. Warunki pracy stały się nieporównywalnie lepsze. Może to dziwne, ale faktycznie mam sentyment do tych trudniejszych czasów. Cieszyliśmy się wtedy z każdego, nawet najmniejszego, sukcesu czy wygranej w meczu.

„Oaza spokoju”, „jednostka anerwowa”, „wieczny luzak” – tak definiują Cię współpracownicy. Rzeczywiście, sama nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałam Cię rozgniewanego czy krzyczącego… A przecież nasza praca jest trudna, związana z presją czasu i dużą liczbą obowiązków do wykonania. Tobie nigdy nie brakuje humoru i uśmiechu. Rozśmieszasz nas żartami i dowcipami, sypiesz nimi jak z rękawa. Jaka jest Twoja recepta na presję, stres i nerwy? Skąd czerpiesz ten stoicki spokój i pozytywne nastawienie?

Może na zewnątrz rzeczywiście tak to wygląda, ale muszę wyznać, że jestem jednostką bardzo wrażliwą i emocjonalną, wieloma sprawami naprawdę mocno się przejmuję i biorę je do siebie. Jednak zrozumiałem, że mamy jedno życie, dlatego staram się przeżywać je „na luzie”, bo wtedy upływa ono spokojniej. Kluczem do sukcesu jest aktywność! Nie warto trwonić czasu, bo nigdy nie wiadomo, ile go zostało. Trzeba starać się być dobrym, dla wszystkich… Przypomniały mi się właśnie mądre słowa Dalajlamy: „Przebywamy drogę na księżyc i z powrotem, a mamy problem przekroczyć ulice i poznać nowego sąsiada”. Jakie to prawdziwe…

Gdybyś miał porównać najbardziej wyrazistą cechę swojej osobowości do marki samochodu, jaki byłby to wybór?

Na pewno byłby to samochód klasy średniej, cichy, nie rzucający się w oczy, oszczędny w eksploatacji, lecz z dobrym przyspieszeniem. I na pewno w ciemnym kolorze!

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."