PRZED MECZEM: Marcin Dutkiewicz

PRZED MECZEM: Marcin Dutkiewicz

Mam nadzieję, że w tym sezonie zdecydowanie więcej będzie takich spotkań, w których będziemy trafiać z dystansu z niezłą skutecznością. Jeśli nie trafię sześciu rzutów za trzy w meczu, ale będę miał cień szansy na to, żeby jeszcze raz rzucić i co istotniejsze trafić, to na pewno to zrobię. Może to będzie ten najważniejszy, zwycięski rzut – mówi przed meczem z PGE Turowem Marcin Dutkiewicz, skrzydłowy Energi Czarnych.

 

Mateusz Bilski: Marcinie, po trzech latach wróciłeś do Słupska, choć ze względów czysto sportowych z pewnością nie możesz być zadowolony z tego, jak wyglądała Twoja pierwsza przygoda z Energą Czarnymi.

Marcin Dutkiewicz:Zgadza się, tamten sezon był dla mnie dość ciężki. Przeszedłem do Słupska z pierwszoligowej Polonii 2011, gdzie grałem bardzo dużo i liczyłem, mając na uwadze przepis o obowiązkowym młodym Polaku w drugiej kwarcie, że i w ekstraklasie sporo czasu będę spędzał na boisku. Jednak życie inaczej się ułożyło i sportowo okres spędzony w Enerdze Czarnych nie był dla mnie najlepszy. Nie uważam jednak tego sezonu za stracony, ponieważ wiele się nauczyłem, to była dla mnie doskonała lekcja życiowa. Poza tym zadebiutowałem w europejskich pucharach, w lidze zajęliśmy 4. miejsce i trener Okron dał mi kilka szans na pokazanie tego, co potrafię.

Po nieudanym sezonie w Słupsku przyszedł chyba jeszcze gorszy w Starogardzie Gdańskim. Czy ubiegłe rozgrywki w Koszalinie to już w końcu przełom w Twojej karierze?

- Zdecydowanie tak, trener Herkt uwierzył we mnie, a Andrej Urlep totalnie mnie odmienił i wykrzesał ze mnie pokłady czegoś, co być może w sobie miałem, ale nie potrafiłem tego dostrzec. Rok wcześniej w Polpharmie również oczekiwałem, że będą grał więcej niż w Słupsku, ale było odwrotnie. Pełniłem funkcję trzeciego w rotacji na mojej pozycji i pojawiałem się na boisku jak było plus 20, albo minus 20. To była dla mnie kolejna gorzka pigułka do przełknięcia.

Jak to się stało, że zamieniłeś Koszalin na Słupsk, choć jak dobrze wiesz, oba miasta zdecydowanie więcej dzieli, niż łączy.

- Powiem wprost – jestem tutaj, gdzie bardziej mnie chcieli. Miałem też opcję gry w Śląsku Wrocław, więc cieszę się, że wybrałem Energę Czarnych i nie znalazłem się w sytuacji Zbyszka Białka, czy innych chłopaków. Tak po prostu się ułożyło, znam słupskie środowisko, prezesa i jestem zadowolony, że tu wróciłem. Mam nadzieję, że te przełomowe rozgrywki w Koszalinie pozwolą dalej mi się odkrywać i wciąż będę pokazywał dobrą formę. A może nawet lepszą?

Czy jakoś szczególnie podchodzisz do rywalizacji między Słupskim a Koszalinem, czy było to dla Ciebie bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji o dalszych losach Twojej kariery?

- Oczywiście, że jest to dla mnie ważne. Nie jestem rodowitym słupszczaninem, ani też koszalinianinem, ale zawsze ta derbowa atmosfera daje o sobie znać. Przejście z Koszalina do Słupska nie było dla mnie łatwe i nie zgodziłem się od razu na propozycję Energi Czarnych. Jednak po głębszym namyśle wybrałem Słupsk, ponieważ tu dostałem szansę na to, by dalej się pokazywać. Koszalin zawsze będę darzył pewnym sentymentem, tam urodziła się moja córka Gabrysia, poznałem dużo osób i mam nadzieję, że nie będą mieli mi za bardzo za złe tego, że teraz jestem w Enerdze Czarnych. Takie już jest życie sportowca i nigdy nie można być wszystkiego pewnym, to ciągłe siedzenie na walizkach.
Gdybym urodził się w Słupsku i był wychowankiem tego klubu, to na pewno do Koszalina bym nie przeszedł, jednak jestem spoza tych dwóch miast i choć pewien znak zapytania oczywiście się pojawia, nie miałem dużych obaw. Wszystko dlatego, że nie jestem takim zawodnikiem, który wymachuje środkowym palcem w stronę kibiców rywali i pali za sobą mosty. Nie daję się źle zapamiętać i we wszystkich halach, w których grałem jako gospodarz, zawsze jakieś brawa dostaję.

Czy trzy lata temu spodziewałeś się, że za kilka lat będziesz podstawowym zawodnikiem zespołu, który chciałby włączyć się do walki o medale?

- Bardzo się cieszę, że tak się stało i czuję w związku z tym dodatkową, ale na szczęście pozytywną presję. Dwa lata temu w Starogardzie miałem w swojej głowie wiele znaków zapytania… Czy dalej grać w kosza? Czy przejść do pierwszej ligi? Czy może zająć się nauką? Jeśli trenujesz, robisz to, co lubisz, ale nie jesteś zauważany i czujesz się niedoceniony, to zastanawiasz się nad sobą i bierzesz wszystko pod uwagę. Jeśli ktoś powiedziałby mi wtedy, że przyjdzie przełom w Koszalinie i trafię do Słupska z szansami na jeszcze lepsze rozgrywki, pewnie bym mu nie uwierzył. Jednak ta wiara powinna umierać ostatnia i na pewno byłbym mile zaskoczony. Psychicznie i fizycznie jestem gotów do pełnienia coraz ważniejszych w drużynie, a czy będę grał w pierwszej piątce, czy będę wchodził z ławki, nie ma dla mnie znaczenia. Chcę jak najbardziej pomagać kolegom, abyśmy osiągali jak najlepsze wyniki. Nie jestem takim typem zawodnika, który powie sobie, że będzie od teraz zdobywał po 40 punktów w meczu i wypromuje się do ligi hiszpańskiej. Chcę po prostu jak najlepiej grać tam, gdzie mnie chcą i być solidnym wsparciem dla całego zespołu.

50-40-90 – te liczby symbolicznie odzwierciedlają Twoją ubiegłosezonową skuteczność przy rzutach za 2, za 3 i wolnych. Ale chyba z roku na rok nagle nie nauczyłeś się rzucać, to musiało siedzieć gdzieś w psychice. Uważasz, że jesteś w stanie utrzymać się na tym poziomie?

- Fajnie by było, gdyby się udało, ale oczywiście nie jestem w stanie tego zagwarantować. Na treningach po prostu robię to, co do mnie należy, czyli rzucam. Ze statecznych pozycji, z zachwianych, po biegu i w sytuacjach specjalnych – widzę, że przynosi to skutek. Są jednak mecze, kiedy nie można niczego trafić, a tydzień później można zdobyć 30 punktów. Mi udało się potwierdzić skuteczność w blisko 40 spotkaniach, co było efektem ciężkiej pracy, cierpliwości i mojego uporu w dążeniu do celu. Kiedy tylko mogę, zostaję na treningu, biorę Szymona czy Wojtka i staram się jak najwięcej rzucać. Chciałbym utrzymać swoją skuteczność, ale jeśli się nie uda, nic się nie stanie. W sumie, jeśli będę w klubie 30-30-30, a zespół będzie wygrywał, to biorę to w ciemno.

Jaką masz skuteczność z dystansu podczas treningu?

- Jak na 10 oddanych rzutów 8 wpadnie do kosza, to jest optymalnie.

Jak wiele rzutów oddajesz podczas jednego treningu rzutowego, bo chyba to jest dla Ciebie jeden z najważniejszych elementów gry?

- Takim jestem zawodnikiem i bardziej skupiam się na rzucaniu, niż na kreowaniu gry partnerów. Jeden gra na pick & roll’u, drugi broni, a trzeci rzuca, to po prostu koszykówka. Ja właśnie nad tym elementem najbardziej pracuję i myślę, że kilkadziesiąt tysięcy rzutów na pewno już oddałem. Myślę, że podczas każdego treningu, przy dużej intensywności zajęć z różnych pozycji rzucam około 300-400 razy i jeśli trafię z tego 200, to jest dobrze.

Nie bez powodu z takim uporem wypytuję Cię o te rzuty, ponieważ wydaje się, że to właśnie od rzutów z dystansu wiele będzie zależało w ofensywie Energi Czarnych.

- Jesteśmy zespołem młodym, drużyną, która będzie szukać okazji do punktów po szybkich akcjach. Dobrze, że praktycznie każdy z nas może przymierzyć z dystansu, bo to ważny element koszykówki. Są zespoły, które nawet po chaotycznej grze wygrywają, bo są skuteczne. Inne natomiast, grając taktycznie doskonale ułożony basket, mogą z takimi przegrać. Mam nadzieję, że w tym sezonie zdecydowanie więcej będzie takich spotkań, w których będziemy trafiać z dystansu z niezłą skutecznością. Jeśli nie trafię sześciu rzutów za trzy w meczu, ale będę miał cień szansy na to, żeby jeszcze raz rzucić i co istotniejsze trafić, to na pewno to zrobię – może to będzie ten najważniejszy, zwycięski rzut.

Co możesz powiedzieć o trenerze Mariusie Linartasie? Czy to właśnie jego postać przyciągnęła się do Energi Czarnych?

- Głównym powodem, dla którego podpisałem ten kontrakt, była właśnie rozmowa z Mariusem. Powiedział on, że chciałby, abym miał podobną pozycję jak w Koszalinie, że dostanę pewne 20, może nawet 30 minut w każdym meczu. Trener Linartas ma swoją wizję, koncepcję prowadzenia poszczególnych zawodników, choć jest mniej charyzmatyczny niż trener Urlep, który jest znany ze swojej ekspresywności i żywiołowości. Marius więcej mówi i tłumaczy, niż krzyczy i doskonale wie, jak z każdym rozmawiać, po prostu to czuje. Trener jest cierpliwy i wyrozumiały dla każdego, wiem czego ode mnie oczekuje i czego ja mogę oczekiwać od niego. Bardzo się cieszę, że natrafiliśmy na siebie, ponieważ mogę się od niego naprawdę wiele nauczyć. Czuję, że może mnie wznieść na jeszcze wyższy poziom.

Po nieudanej inauguracji sezonu ze Stelmetem drużyna musiała podnieść się psychicznie, by udanie zadebiutować przed własną publicznością. Udało się?

- Pewnie, że tak, zapomnieliśmy już o tym meczu, ale nie możemy zapominać o tym, co z niego wyciągnęliśmy, co musimy poprawić w swojej grze. Kluczem do zwycięstwa z PGE Turowem będzie oczywiście obrona oraz aspekt własnego parkietu. Nasi kibice z pewnością będą naszym szóstym zawodnikiem i z pewnością w takiej przewadze będzie nam się grało lepiej. Chciałbym, żebyśmy przy ich pomocy wygrali.

Rozmawiał Mateusz Bilski

 

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."