RELACJA: Przypomnienie od Mantasa

RELACJA: Przypomnienie od Mantasa

Po bardzo wyrównanym i emocjonującym spotkaniu, Energa Czarni przegrali we własnej hali z niepokonanym WKS Śląskiem 63:67. Kluczowy rzut w końcówce trafił Mantas Cesnauskis i nawet celne trójki w ostatnich sekundach nie przyniosły nam zwycięstwa.

W pierwszych minutach gra toczyła się głównie w polu 3 sekund, gdzie skuteczni byli Eziukwu oraz Mladenović i Kinnard. Po dwóch świetnych akcjach Shiloh’a Energa Czarni prowadzili 9:4, ale od tego momentu nasz superstrzelec był znacznie lepiej pilnowany. Śląsk łatwo odrobił straty, ale szybko Gruszecki odpowiedział dwiema trzypunktowymi akcjami.  Nasi koszykarze mieli okazję już wtedy przejąć mecz, jednak mieli spore problemy z przewinieniami, przez co nie mogli zbudować sobie większej przewagi.

Mimo to na początku drugiej części spotkania - tym razem po akcjach Franklina - prowadziliśmy 24:15. Swój pierwszy punkt w sezonie zdobył także Kacper Borowski. Niestety powróciliśmy do kłopotów z faulami, a na domiar złego nasi koszykarze nie pierwszy raz w tym sezonie mieli dużo trudności ze zbiórkami pod własnym koszem. Nie pomogła przerwa dla Dejana Mijatovicia, po trójce Trice’a Śląsk wyszedł na prowadzenie 26:27, w sumie notując serię 12:0.

Po zmianie stron niewiele się zmieniło. Choć po trafieniu Franklina ponownie był remis, wrocławianie przejęli kontrolę nad grą. Skuteczni byli wysocy - Ikovlev, Mladenović i Kinnard - przez co w połowie trzeciej kwarty było już 33:40. Energa Czarni rwali swoją grę w ofensywie, a przyjezdni konsekwentnie pilnowali swojej przewagi, która - mimo że niewielka - była dość bezpieczna. Walka rozgorzała na całego, czego efektem były urazy - najpierw Jarosława Mokrosa, a chwilę później, już w czwartej kwarcie, Kacpra Borowskiego.

Kontuzja ostatniego była efektem czwartego i piątego faulu Roberta Tomaszka, który wnosił do gry swojego zespołu mnóstwo energii, ale również chaosu i przypadkowych zagrań. Już bez niego Śląsk pewnie kroczył do zwycięstwa, utrzymując 6-7 punktów prowadzenia. Wszystko odmieniło się na niecałe trzy minuty przed końcem, gdy trójkę trafił Karol Gruszecki. Gryfia rozbrzmiała znanym w całym kraju dopingiem i emocjonująca końcówka stała się faktem. Niestety po jednym rzucie wolnym spudłowali Shiloh i Franklin, więc zamiast remisu (na 40 sek. przed końcem) mieliśmy cztery punkty straty, bowiem swój typowy rzut trafił Mantas Cesnauskis. Nawet trójki Trajkovskiego i Shiloha w ostatnich sekundach nie pomogły nam przechylić szali zwycięstwa na naszą stronę.

- Czarni nie mogli znaleźć swojego rytmu, ich wysocy zawodnicy dopiero wracają do gry, przez co mogliśmy szukać swoich przewag pod koszem. Wykorzystaliśmy swoją szansę i zwyciężyliśmy na najtrudniejszym terenie w lidze. Ikovlev był zmotywowany, by zatrzymać Shiloh’a, więcej gry niż ostatnio otrzymał Mantas Cesnauskis i nie zawiódł - mówił trener gości Emil Rajković.

-  Zdecydowały małe rzeczy. Śląsk wykorzystał swoje przewagi podkoszowe, jego gracze mieli aż dziesięć zbiórek więcej. Ponadto trafili kilka otwartych rzutów, zbyt łatwo dochodząc do dobrych pozycji, byli także bardzo skuteczni z linii rzutów wolnych. Sezon jest długi, szkoda tej przegranej, ale musimy iść dalej do przodu. Skupiamy się już na meczu w Koszalinie - wyjaśniał Dejan Mijatović.

Energa Czarni - WKS Śląsk 63:67 (16:13, 12:16, 13:18, 22:20)

Energa Czarni: Franklin 15 (5 as.), Shiloh 13, Gruszecki 12, Trajkovski 9, Eziukwu 8 (11 zb.), Mokros 3, Seweryn 2, Borowski 1, Śnieg.

WKS Śląsk: Ikovlev 16, Kinnard 11, Trice 11, Cesnauskis 10, Mladenović 8, Dłoniak 5, Tomaszek 4, Skibniewski 2, Gabiński, Burnatowski.

Mateusz Bilski

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."