RELACJA: Z podniesionymi głowami

RELACJA: Z podniesionymi głowami

Energa Czarni co prawda przegrali w Zgorzelcu swój pierwszy mecz nowego sezonu TBL 80:87, ale pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. Nasi koszykarze walczyli o zwycięstwo do ostatnich chwil, jednak w końcówce musieli radzić sobie bez trenera Dejana Mijatovicia, który został zdyskwalifikowany po dwóch przewinieniach technicznych.

W pierwszych minutach obie drużyny postawiły na swoją siłę podkoszową, gdzie rywalizowali ze sobą Callistus Eziukwu i Vlad Moldoveanu. Za sprawą doświadczenia Tony'ego Taylora i Damiana Kuliga gospodarze odskoczyli na kilka punktów, a po trójce Nemanji Jaramaza było już 16:9 i o czas musiał prosić trener Dejan Mijatović. Nasi koszykarze dobrze bronili ataki pozycyjne przeciwników, jednak fatalnie spisywali się w walce o zbiórki i pozwalali zgorzelczanom na ponowienia - w zasadzie do skutku. Na szczęście dwie trójki Bojana Trajkovskiego utrzymywały nas w grze (20:14 po pierwszej kwarcie).

Po krótkiej przerwie ponownie do głosu doszedł Moldoveanu, który w trzy minuty trafił trzy trójki i przewaga Turowa niebezpiecznie rosła. Również rzutem z dystansu odpowiedział Mokros, ale zaraz po tym swoje pierwsze przewinienie techniczne otrzymał trener Mijatović. Wciąż swoje nieco szalone rzuty trafiał Trajkovski i po trójce Karola Gruszeckiego było już tylko 34:30. Niestety gospodarze dobrze wykorzystali przerwę na żądanie, po której zanotowali serię 8:2 i ich prowadzenie było już dwucyfrowe. Wynik mógł być inny, ale bardzo nieskuteczny był William Franklin (0/7 z gry do przerwy) i Energa Czarni po pierwszej połowie przegrywali 34:44.

Nasi koszykarze do gry po przerwie podeszli bardzo zmobilizowani, a ich poczynaniom przewodził Kyle Shiloh, który trafiał rzut za rzutem. Słupszczanie poprawili walkę na tablicach, agresywnie bronili i postawili na szybkie ataki. Po kontrze Gruszeckiego i akcji Franklina było zaledwie 52:51. Kolejne kontrataki pozwoliły nam wyjść na prowadzenie 55:52. W ostatniej minucie kwarty niestety znów do głosu doszli zgorzeleccy strzelcy - Chyliński i Jaramaz trafili po trójce i doprowadzili do remisu, więc mecz rozpoczynał się w zasadzie od początku.

Gospodarze nie zamierzali pozwolić naszym koszykarzom na doprowadzenie do nerwowej końcówki i za sprawą kolejnych dwóch trójek - ponownie Chylińskiego i Jaramaza - wyszli na prowadzenie. Błyskawicznie kontratakami straty odrobił Gruszecki, a przy następnym szybkim ataku trójkę trafił Shiloh i Energa Czarni prowadzili 69:66. Wtedy rozpoczął się koncert Damiana Kuliga, który zdobył 10 pkt. z rzędu, jednak wynik wciąż oscylował wokół remisu, bo skuteczni byli Shiloh i Franklin.

Niestety w tak ważnym momencie powróciły problemy z pierwszej połowy, związane ze zbieraniem piłek. Zawodnicy Turowa w jednej akcji oddali aż cztery (!) rzuty, notując trzy zbiórki w ataku. Ostatni - Chylińskiego - był skuteczny, czego nie wytrzymał trener Mijatović, który otrzymał drugi faul techniczny i wedle nowych przepisów musiał opuścić halę. Tym samym w jednej akcji Energa Czarni stracili pięć punktów, a zespołem pokierować musieli Mirosław Lisztwan, Rafał Frank i Marco Barac. Nasi koszykarze bardzo ambitnie starali się odrabiać straty, ale do końca meczu pozostawało już niewiele czasu, kolejną trójkę trafił Jaramaz i mistrzowie Polski mogli cieszyć się z wygranej.

PGE Turów - Energa Czarni 87:80 (20:14, 24:20, 14:24, 29:22)

PGE Turów: Kulig 17, Moldoveanu 17, Jaramaz 16, Chyliński 12, Zigeranović 10, Collins 4, Karolak 4, Nikolić 4, Taylor 3, Gospodarek.

Energa Czarni: Shiloh 23, Gruszecki 15, Trajkovski 12, Mokros 10, Eziukwu 9, Franklin 9, Śnieg 2, Seweryn.

Mateusz Bilski

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."