WIDZIANE Z TRYBUN: Głową w Mur

WIDZIANE Z TRYBUN: Głową w Mur

Witam Was Kochani po dłuższej przerwie.

Ostatnio ta dłuższa przerwa jest jakby wpisana w charakterystykę mojego bloga, jednakże nie jest to spowodowane lenistwem, a dwiema innymi sprawami. Po pierwsze stałem się blogersko bezpłodny i jak nie mam nic do napisania, to po prostu nie piszę. Co Was zanudzać będę? Wszyscy, którzy pomyśleli w tej chwili „jakoś dotychczas ci to nie przeszkadzało”, albo „przynudzanie to twój standard” proszeni są o wyjście :) Po drugie, pojawił się na stronie Stowarzyszenia MureQ ze swoim „Murowanym Półhakiem”, który godnie zmierza ku mojemu poziomowi ;P Cieszę się z tego bardzo, bo dzięki niemu można w końcu przeczytać coś ciekawego na temat słupskiej koszykówki.

Z Muraskiem znamy się prawie od zawsze, czyli od momentu, gdy zacząłem interesować się koszykówką, na kiedy to datuję rozpoczęcie swojego prawdziwie wartościowego życia. Zawsze z przyjemnością spotykam się z nim i w towarzystwie najlepszej kompanki rozmów rozwijającej język prowadzimy szereg wartościowych dyskusji. A o czym to mogą dyskutować faceci? Wiadomo, o kobietach, polityce, pieniądzach, religii i sporcie. Jako zadeklarowani szowiniści męscy na kobiety czasu nie marnujemy, bo widujemy się rzadko (wykształciuch do Warszawki ucieka często) więc zwyczajnie nam go żal, w sprawach społeczno-politycznych jesteśmy zgodni: Korwin (już niedługo) rządzi, rurkowy są zabawni, dzieci TVNu, pożyteczni idioci i wychowankowie Olejnik, Lisa oraz Michnika żałośni. Pieniędzy zgodnie nie posiadamy, choć chcielibyśmy (liczymy na Korwina ;) ), religia nas mocno dzieli, o sporcie- w koszykarskim wydaniu- możemy gadać godzinami. Dobrze, że jest MureQ!

Dotychczas nie odzywałem się na temat jego wpisów, bo wykształcony w dobrej, starej szkole forum wiem, że jednozdaniowe w stylu „zgadzam się z tym, co napisał MureQ” są passe i nie należy takich odpowiedzi w Internetach zamieszczać. Przyszedł jednak taki moment, w którym z Szanownym Kolegą zgodzić się nie potrafię- nawet nie chcę! Dlatego pozwolę sobie wejść w polemikę.

W opublikowanym przed kilkoma godzinami wpisie (tak, tak, natchnął mnie do tego stopnia, że do pisania zabrałem się wieczorem) pod tytułem „Charaktery i rekordy” popełnił moim zdaniem dwa duże błędy- po jednym w obu częściach wypowiedzi. Pierwsza część odnosi się do porównania sytuacji zbliżających się derbów z filmowo-historyczną sytuacją Spartan przedstawioną w filmach „300” i jego kontynuacji. O ile oczywiście godzę się na wyciąganie elementów poświęcenia, heroicznej walki, nieustępliwości, braku respektu i obawy przed nadciągającym rywalem, to nijak nie potrafię pogodzić się z ogólnym przesłaniem obrazu płynącego z ekranu kinowego. Jest jedna zasadnicza różnica, której zaakceptować nie potrafię i nie jest ona na tyle subtelna, by przejść obok niej obojętnie. Tą różnicą jest nieuchronność poniesienia klęski, na którą skazani byli dzielni Spartanie. Przekaz filmu był jasny- Grecy byli wspaniali, ponieważ nie poddali się, walczyli do ostatniej kropli krwi, pomimo, że wiadomym było, że w końcu przegrają. Szczęśliwie dla nas AZS nie ma nad nami takiej przewagi, która w którymkolwiek momencie skazywałaby nas na klęskę. Jestem wręcz przekonany, że walcząc ambitnie ten mecz po prostu wygramy. Wiem, że w swoim wpisie MureQ zawarł podobną nadzieję, ale gdybym miał wskazywać na jakieś filmy- motywatory, to dużo prędzej niż na ambitnych, aczkolwiek przegranych „300”, wskazałbym na serię z równie ambitnym i chyba za każdym razem stającym w roli teoretycznie słabszego, „Rocky’m”. To Sylwester Stallone był każdorazowo mocno poobijany, to on leżał na deskach i on był bliski porażki, jednakże to także on dzięki swojemu „oku tygrysa” (w czym gorsze jest oko pantery?) i sercu „włoskiego ogiera” odpierał ataki i wychodził z pojedynków jako wielki mistrz. Motywować się należy dostrzegając chwałę zwycięzcy , a nie dumę pięknie pokonanego. W ogóle „Rocky” wymiata i przed derbami na pewno sobie którąś z części zaserwuję. W związku z nastrojami na Ukrainie prawdopodobnie przypomnę sobie jak po pysku oberwał Ivan Drago.

Drugi błąd, chociaż być może błąd to złe określenie, dlatego nazwę to niezgodnością w poglądach jest podejście do akcji bicia rekordu głośności w „Gryfii”. Z pewnością nie jest tak, że akcja została wymyślona i jest sprzedawana dlatego, że drużyna osiąga słabe wyniki i w jakiś sposób klub próbuje odciągnąć uwagę kibiców od tego, co jest naprawdę ważne, czyli rywalizacji derbowej na parkiecie. Mam okazję regularnie i dosyć często kontaktować się z Mateuszem Kaźmierczakiem, czyli naszym marketingowcem, który chwalił mi się, że przygotowuje się do tej akcji już kilka miesięcy temu, w czasie, gdy nikomu przez myśl by nie przeszło, że możemy mieć obawy co do naszego awansu do „szóstki”. Także tutaj wątpliwość zupełnie nietrafiona.

Osobiście uważam akcję za bardzo ciekawą, godną uwagi i pełnego zaangażowania całej hali. Nie wiem, czy możliwe jest przeskoczenie wyniku zrobionego przez kibiców Sacramento Kings. Tak naprawdę nie mam pojęcia jak duży jest to hałas o natężeniu 126 decybeli. Czytałem sobie, że szelest liści to około 40 db, że samolot pasażerski to jakieś 120, granica bólu 135, a myśliwiec 140-150. I co? I dalej nic, bo wciąż nie wiem z jakiej odległości ten pomiar miałby być robiony, a poza tym nigdy nie stałem przy startującym samolocie, ani nie trzymałem ucha przy szeleszczących liściach. Wiem natomiast, że gdyby nam się udało, to dokonamy rzeczy fantastycznej- zostaniemy wpisani do Księgi Rekordów Guinnessa. I niech mi którykolwiek ze sceptyków odpowie, ile razy w życiu miał szansę zapisać się w tej Księdze, w dodatku bijąc jakiś konkretny rekord, niebędący rekordem w gotowaniu największej zupki chińskiej z Vifonu? Trzeba koniecznie stanąć na głowie, dać z siebie maksymalnie dużo, zedrzeć gardło do granic możliwości, by tę szanse wykorzystać. Przynajmniej spróbować! Nie mam pojęcia, czy się uda. Niczym jednak nie ryzykujemy. Bolące i ochrypnięte gardło to żaden problem- jak ktoś nie wierzy, zapraszam na rozmowę, do której, pomimo wielokrotnych nadwyrężeń aparatu mowy, jestem wciąż zdolny.

Aaaa, zupełnie zapomniałbym o jednym drobnym szczególe, który o mało by mi umknął. Im głośniej będziemy dopingować Czarnym i przeszkadzać przeciwnikowi, tym większa szansa, ze to, co najważniejsze w tym meczu- zwycięstwo- pozostanie w Słupsku. To tak zupełnie na marginesie ;)

Pozdrawiam Was serdecznie, namawiam do bojowego nastawienia- dużo w niedzielę będzie zależało od nas.
W górę serca Kochani, w górę serca!
Rychu

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."