Babskie gadanie

To już jest koniec

 

Pomyśleć, że tydzień temu o tej samej porze dnia, pełna nadziei i uśmiechu, prasowałam czerwoną bluzeczkę na wyjazd do Zielonej Góry. Oczywiście, miałam świadomość tego, że starcie Czarnych Panter z podopiecznymi trenera Uvalina może być ostatnim w bieżącym sezonie, jednak absolutnie nie przylgnęłam do tej myśli, przeciwnie, już ustalałam taktykę na starcie z mistrzem Polski! Przecież po całej serii pechowych i nieszczęśliwych przegranych w końcówkach spotkań los nie mógł okazać się na tyle złośliwy, by po raz kolejny wystawić nas na tak brutalną i gorzką próbę. A jednak myślenie blondynki nie jest jej najmocniejszą stroną…

Kochani, stało się faktem, sezon 2011/2012 przeszedł do historii! Jakkolwiek trudno tak z miejsca zapomnieć o szumie w uszach po ogłuszającym dopingu, odłożyć czerwone akcesoria na dno garderoby, przestać pozdrawiać najwierniejszych kibiców siedzących obok itp., musimy zadowolić się oglądaniem w TV meczów półfinałowych, a potem finału z udziałem innych drużyn (W tym miejscu pozdrawiam tych, którym ulżyło po zapoznaniu się z wynikiem piątego meczu w Gdyni. Są porażki, których moje wątłe serce nie udźwignęłoby…).

Jak zapamiętam zakończony dla nas sezon? Trudno to jednoznacznie określić: z jednej strony osiągnęliśmy cel minimum, pogroziliśmy palcem najlepszym, z drugiej- musieliśmy obejść się smakiem na widok medalu, który wcale nie leżał na odległym talerzu. Zemściły się na nas nieumiejętnie rozegrane końcówki, seryjnie tracone punkty na początku spotkań, zbyt swobodne podrygi po obejmowaniu przewagi. Jak widać, w przyrodzie nic nie ginie. Jeśli ktoś pięćdziesiąt razy próbuje przeskoczyć kałużę tak samo długim krokiem, widząc, że nie wystarcza on do tego, by się nie zmoczyć, nie przeskoczy jej przy pięćdziesiątym pierwszym podejściu. Z perspektywy czasu oceniam, że naszym zawodnikom zabrakło woli  wydłużenia kroku. Pod względem umiejętności poradzilibyśmy sobie zarówno z mistrzem, jak i wicemistrzem Polski oraz innymi oponentami, ale mentalnie zacięliśmy się, skacząc nad kałużą.  A kto stoi w miejscu, ten się cofa. Stąd też przeciwnicy doskonale wiedzieli, że wystarczy rozdrażnić nas na początku meczu, ponaciskać nieco w obronie, zmusić do kilku nieprzemyślanych fauli i będziemy ugotowani.

Trener Adomaitis wydaje się potwierdzać tę niechlubną tezę. Przyznał wprost, że zabrakło w tym sezonie zawodnika, który stanowiłby pulsujące serce drużyny. Nie przyjął na siebie tej roli kapitan zespołu- Mantas, ale on zawsze lepiej czuł się, pozostając w tle wydarzeń. Nie udało się w pełni zintegrować z kolegami mózgowi zespołu- Stanleyowi- który wielokrotnie opuszczał trening ze słuchawkami na głowie, sam jak palec, bez potrzeby skomentowania czegokolwiek z kimkolwiek. Wiem wiem, akurat o Stanie powinnam pisać w samych superlatywach, jednak nie mogę przemóc się. Oceniam tego zawodnika w przekroju całego sezonu- on również nie zawsze był w pełni gotowości, nie w każdym meczu brylował na parkiecie jak w play off. To moja odpowiedź dla tych, którzy zapewniali mnie, że Stan bardzo dobrze zrobił, wytykając lenistwo w pracy innym graczom ENERGI CZARNYCH. Uważam, że każdy z nich najlepiej wie, z czego wynikała koszykarska niemoc. Owszem, Amerykanin rzucił ciekawe światło na pewne sprawy związane z podejściem do gry, jednak, jak głosi jedna z moich ulubionych sentencji: Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem!

Zabrakło pazura przez duże P. Ale skoro zawodnicy widzieli, że ów pazur tępi się już w trakcie rundy zasadniczej, ma związek z brakiem ich poczucia wewnętrznej wspólnoty i jedności celu, dlaczego nikt nie zrobił nic, by sytuację uzdrowić? Dlaczego z krytyką czekano do końca sezonu? To pytanie nie daje mi spokoju.

Nie daje mi spokoju jeszcze jedna kwestia: Jak daleko posunięte może być zaufanie trenera do swoich graczy? Do jakiego momentu może on stać murem za prowadzonym przez siebie zespołem, czekając na jego przebudzenie się, jednocześnie widząc opadający często poziom zaangażowania? Myślę, że odpowiedź poznał w ciągu ostatnich miesięcy Dainius Adomaitis, który wiele razy podkreślał, że nie ma doświadczenia we wszystkich aspektach prowadzenia zespołu i często musiał polegać na instynkcie, ale bezwzględnie wierzył w zespół i w chłopaków. Dainius przyjął taki a nie inny styl prowadzenia zespołu, wiele wskazywało na to, że się nie pomylił, jednak nie było fizycznej możliwości stuprocentowego potwierdzenia tego założenia. Trener na dorobku niczego nie może być pewien.

Skoro o trenerze mowa, przyznam, że będzie mi go bardzo brakowało. Dainius stał się dla mnie wzorem człowieka pracy, zyskał moją ogromną sympatię jako współpracownik i członek drużyny, którą tworzyliśmy w klubie, wspólnie ciężko pracując na sukces. Przy mrówczej pracy doskonale rozpracował wszystkich rywali, skutecznie zmotywował zespół do walki po fatalnym występie w etapie szóstkowym. Nigdy nie przekroczył przy tym norm etycznych czy dotyczących kultury osobistej. Szanowali go zawodnicy, cenili kibice. Jestem pewna, że z powodzeniem rozwinie swoją trenerską karierę w najbliższych sezonach.

Prawie wszystkim zawodnikom kończą się kontrakty, trudno powiedzieć czy któregoś z nich zobaczymy w następnym  sezonie. Osobiście radziłabym nie wybiegać za daleko w przyszłość, bo przed słupską koszykówką potężne wyzwanie: zapewnić budżet do dalszego funkcjonowania klubu oraz zespołu. Odetchnę z ulgą dopiero, gdy prezes Andrzej Twardowski zadzwoni i da mi sygnał, że możemy rozpocząć kampanię przygotowawczą do sezonu 2012/2013. Czasy takie niepewne…

Jestem jednak niepoprawną optymistką i idealistką, dlatego wierzę, że Pan Prezes szybko zadzwoni i najczarniejsze myśli zejdą do podziemia. Naprawdę mamy wiele szczęścia, ciesząc się obecnością tak kreatywnego, skutecznego, odpornego na stres i niesprzyjającą aurę lidera. Doceńmy to wreszcie.

Kochani, udając się na przymusowy przedwczesny urlop od koszykówki, pragnę podziękować Wam z całego serca za piekielnie gorące i pozytywne emocje, bez których moje życie nie byłoby tak kolorowe. W żadnym sezonie nie zjadłam tak wielu białych michałków (Polecam, doskonałe antidotum na sytuacje napięcia), nie przeżyłam tylu chwiejnych wrażeń i emocji, ale warto było! Nie mówmy o odchodzącym w przeszłość etapie rozgrywek w kategoriach porażki, wyciągajmy wnioski, uczmy się dalej i kontynuujmy z dumą słupskie tradycje kibicowskie.

Z łezką w oku żegnam się z Wami, aczkolwiek nadal chętnie pokonwersuję w mailach, za które ogromnie dziękuję.

Agata,

a.bartoszek@energa-czarni.pl

Wiara czyni cuda

 

Są takie mecze w życiu zawodowego kibica, które wolałby przemilczeć. Niezależnie od tego jak wiele już w koszykówce widział, przeżył, doświadczył własnym jestestwem, czasem po prostu brakuje mu słów. I tak właśnie czuję się po niedzielnych wydarzeniach na parkiecie w ukochanej Gryfii: sponiewierana emocjonalnie i werbalnie- bez dwóch zdań. Najchętniej zaszyłabym się w jakimś SPA ku regeneracji ciała, serca i ducha (po raz pierwszy w życiu miałam zakwasy w nogach i czterech literach od ciągłego zrywania się z siedzenia!), ale mam charakter, melduję się na stanowisku i przelewam na klawiaturę obrazki z- tradycyjnie już w tym sezonie - przegranego meczu wygranego. A zatem, dzień dobry Kochani Kibice! Zapytałabym grzecznie: Jak się miewacie?, lecz daruję sobie złośliwość na okoliczność pięknego majówkowego dnia.

Tegoroczne Święto Pracy będzie z pewnością wyjątkowo pracowite dla trenera Dainiusa Adomaitisa. Nie obawiam się jednak o jego postawę, ponieważ praca właśnie jest tym symbolicznym wyrazem, który najlepiej określa szkoleniowca słupskich panter. Do czasu niedzielnej konferencji nie widziałam go tak ostro podsumowującego występ swoich podopiecznych. Prawie zawsze chwalił ich, bronił, tłumaczył ich słabości i spadki formy, tym razem bezwzględnie wytknął brak dyscypliny wobec przedmeczowych wytycznych oraz brak pełnego zaangażowania charakterystycznego dla play off. Wyglądało to tak, jakby miał żal do zawodników, że nie potrafią przełożyć efektów jego pracy na konkretne osiągnięcia. Trudno nie zgodzić się z Dainiusem. Wprawdzie ani przez moment w trakcie meczu nie przeszło mi przez myśl, że gramy na pół gwizdka czy sprzecznie wobec założeń trenera, ale- jak widać- perspektywa kibica jest odmienna od tego, co widzi trener. Być może Dainius chciał, żeby słowa krytyki dotarły do uszu słupskich graczy, może to kolejna z jego metod wpłynięcia na nich przed najważniejszym meczem sezonu. Teraz każdy stawia wszystko na jedną kartę! Tak czy inaczej, mam nadzieję, że szybko uda się naszej drużynie usunąć z głów plik o nazwie: Dzień dobry, nazywam się Piotr Stelmach i całkowicie zresetowana powita nas na parkiecie w Zielonej Górze. 

Rzadko chwalę zawodników ekip przeciwnych, ale tym razem pozwolę sobie ukłonić się przed wyżej wspomnianym nazwiskiem. Piotr, jak sam mówi, kierował się w ostatnim rzucie automatycznym instynktem: nie myślał, nie kombinował (choć akcja w swoim założeniu była ukierunkowana na rzut Waltera lub Kamila), po prostu skupił się na piłce, ostatkiem sił minął równie zmęczonego obrońcę, smyrnął piłkę i umieścił w koszu. Nic prostszego! A jednak w określonych okolicznościach wzbudza respekt podwójny. Gdyby przez ułamek sekundy pomyślał o powadze sytuacji, o tym, że właśnie kończy się jego przygoda z koszykówką w tym sezonie, że wszystkie oczy kolegów skierowane są błagalnie na niego, że trener skacze wyższym wyskokiem niż najlepszy gracz- pewnie zadrżałby, jak ja teraz, gdy stawiam siebie w tej sytuacji. Pomyśleć, że do chwili historycznego już rzutu każdy skandował w duchu: Zbyszek Białek! Fortuna przewrotna jest i basta!

Wiem, że wielu kibiców oczekuje ode mnie, bym wyznała głośno kolejną swoją refleksję. No to wyznaję: Ja, Agata, przyznaję się do niedocenienia poziomu gry oraz roli w zespole niejakiego Stanleya B., którego nazwisko zawsze opatrywałam wątpliwościami i kąśliwymi uwagami, który nie wzbudzał mojego zaufania przed fazą play off, którego niesprawiedliwie postrzegałam jako samolubnego grajka itp. Pomyliłam się. Stanley uwiódł mnie swoją koszykarską dojrzałością na parkiecie, uważam, że stanął na wysokości zadania i zasłużył na duże brawa! Pragnę przyznać mu prywatny tytuł MVP jako najbardziej dziarskiej, walecznej i pomysłowej panterze w słupskim zespole.

Wiele myśli kłębi się w mojej głowie po tym meczu, na kuchennej półce czeka już porcja przyprawionego mięska. Czas udać się na grilla, dlatego swój dzisiejszy wpis zakończę równie emocjonalnie jak Czarni niedzielny mecz: Kochani! Nawet jeśli za tydzień o tej samem porze przyjdzie mi żegnać się z Wami po zakończonym sezonie, pamiętajcie, że dopóki piłka w grze, zdarzyć się może wszystko i nie wolno nam przestać wierzyć z zespół! Dlatego, kto żyw, niech pędzi na stację paliw, napełnia bak i rusza w drogę! Musimy trwać na stanowisku do ostatniego gwizdka tego arcyważnego spotkania! Przed nami mecz o wszystko. Możemy przerwać nieszczęśliwą passę pechowych przegranych i z hukiem dostać się do półfinału. Wyobrażacie sobie, że mogłoby ENERGI CZARNYCH Słupsk w nich zabraknąć? Trener Uvalin przyznał, że wie już, jaką taktykę przyjąć na decydujący mecz przeciwko Czarnym. Musimy zrobić wszystko, żeby utrudnić mu jej zrealizowanie! Jako doświadczony nauczyciel jestem gotowa zedrzeć i sponiewierać swoje narzędzie pracy do maksimum i udać się na roczny urlop na poratowanie zdrowia! Stan rywalizacji- 2:2. Teraz nie ma faworytów, zabawa zaczyna się od nowa! Zapominamy o tym, co złe, niewygodne, pechowe i z ogromną wiarą w nasz zespół wsiadamy w samochody (Panie, spraw, bym bez uszczerbku odbyła swą najdłuższą podróż autkiem w życiu…)! Damy radę!

Do zobaczenia w Zielonej Górze!

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

Pokrętna logika

 

Co czuje wierna i oddana kibicka ENERGI CZARNYCH po pierwszym meczu play off, który właśnie obejrzała, dewastując prawie pół sofy? W sumie to nie jest zaskoczona. Wprawdzie bardzo mocno liczyła na wygraną właśnie w inauguracyjnym spotkaniu serii, spodziewała się, że jeśli jednak nastąpi przegrana, to nawiąże ona tradycją do większości meczów w tym sezonie. Już był w ogródku, już witał się z gąską… I znów go z ogródka wykopali.

Fakt zaistnienia dogrywki był wielce prawdopodobny, wielokrotnie opcja ta nasuwała mi się w trakcie trwania spotkania. Kosz za kosz, punkt za punkt, odwet za odwet. Rzadko dogrywkę wygrywają goście, rzadko wygrywali ją w ostatnich sezonach Czarni. Dlatego nie lubię dogrywek i gdy się zaczynają, już w pierwszej sekundzie zasuwam do kuchni po napar z melisy.

Dobry był to mecz, mądrze prowadzony, efektownie zaczęty przez Czarne Pantery, kontrolowany, z wynikiem pozostającym w stanie otwarcia do samego końca. W końcówce zabrakło finezji, ryzyka, szybkiej reakcji, po której poznaje się klasę rozgrywającego. Niestety, Stanley nie należy do grona moich idoli (aczkolwiek cenię jego umiejętności wysoko i przyznaję, że niedzielnym meczem zamknął mi usta), stąd też nie oczekiwałam cudu. Po cichu liczyłam na jakąś superancką akcję w stylu „jak grom z jasnego nieba”, jednak doczekałam się tylko piorunów i gromów, które w chwilę potem rozbrzmiały głośno w moim domu. Na zawał nie zeszłam, bo to nie pierwsza tego typu historia w tym sezonie. Uodporniłam się.

Smutno mi, bo mimo wszystko uważam, że mamy dobrą drużynę, lepszą odrobinę od Zastalu. Oglądając spotkanie w Zielonej Górze, uświadomiłam sobie, że wcale nie jesteśmy tak podobnymi ekipami jak myślałam wcześniej. U nas przeważa odpowiedzialność zbiorowa, u nich- indywidualna. My gramy dłuższe fragmenty dobrej obrony, oni potrafią w krótkim czasie szybko zmienić opcje w ataku, przy czym wszystkie okazują się skuteczne. Z pewnością jednak jedni i drudzy chcieli ten mecz tak samo mocno wygrać. O ile Hodge nie musi udowadniać każdą swoją decyzją na parkiecie swojej koszykarskiej wartości (już na tym etapie okrzyknięto go MVP polskiej ekstraklasy), o tyle Stanley ciągle wydaje mi się niedowartościowany. Uważam, że zagrał bardzo dobre zawody, zakończone jednak akcją oznajmującą brak pewności co do własnej wyjątkowości. A to przecież kawał gracza, słusznie dążącego do samodzielnego rozstrzygania o losach meczu. Czegoś mu brakuje w chwili, gdy kropka nad i wisi już nad postawioną kreseczką. Pewności czy wyjątkowości?

Drużyna potrzebuje skrzydeł! To nie podlega dyskusji. Problem w tym, że nasze skrzydła nie są tak lotne jak myślałam. Gdyby tak można było w sposób pewny rozegrać ostatnią akcję poprzez ultraszybkie oddanie piłki na lewicę lub prawicę, pyknięcie w stronę kosza, pożegnanie wzrokiem piłki mrugającej do nas z siatki… Ja wiem, że kibice lubią dogrywki, bo i mecz dłuższy (w końcu przejechało się kawał Polski) i emocje elektryzujące, ale (Na Spaldinga!), dlaczego traktować ją jako karę, a nie nową szansę? Fatalnie zaczęły się dodatkowe minuty…

Czy ten, kto wygrał mecz nr 1, opanuje całą serię? Nie sądzę. Według mnie ważniejszy jest mecz nr 2, bo zwycięzca tegoż właśnie meczu uzyska psychologiczną przewagę przed meczem nr 3. Ponieważ mecz nr 3 może być ostatnim, mecz nr 2 równie dobrze może okazać się meczem o wszystko! Ktoś się pogubił? Wybaczcie, logika blondynki rządzi się swoimi prawami…

Dlatego w pełnym napięciu będę dzisiaj obserwować wydarzenia na parkiecie w Zielonej, mając cichą nadzieję, że niedługo będę mogła pochwalić się matematycznymi teoriami z udziałem cyfry 4.

Chcę zobaczyć jak tegoroczny zespół, pomimo dłuuuuuuuuuuugich i krętych schodów, wspina się wytrwale na kolejne piętra, nie porzucając w drodze ambitnych celów i marzeń. Chcę widzieć jak Stanley zagląda głęboko w oczy Jerelowi w meczu finałowym. Chcę cieszyć się jak dziecko na myśl o złotym krążku! A wtedy zniosę wszelkie krytyczne uwagi znawców koszykówki pod adresem naszej drużyny: że nie zasłużyła, że za słaba, przypadkowa. Niechże i sam Stanley rzuci obiecanym kamieniem w kibiców.

Żeby tak się stało, potrzeba nam nowej wiary w ten zespół. Mnie jej wystarczy. Czy Wam również, Drodzy Kibice? Kto dziś wygra mecz?

Pozdrawiam zapytująco,

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

No to zakończyliśmy występy w etapie szóstkowym.

 

No to zakończyliśmy występy w etapie szóstkowym, wprawdzie z pewnością nie na szóstkę, ale w wersji optymistycznej, pozwalającej wierzyć, że w kolejnej fazie to my będziemy rozdawać karty. I choć większość kibiców czarno widziała nasze szanse przed play off, o czym świadczyły pustki w hali, to zieleń naszego przeciwnika wcale nie musi rozkwitnąć tej wiosny. Z perspektywy kilku dni myślę sobie, że trafiliśmy najlepiej jak mogliśmy, absolutnie nie wyobrażając sobie, że nadchodzące mecze będą łatwe, a zwycięstwa oczywiste.

Najpierw chcę skomentować krótko mecz sobotni. Naprawdę jestem pełna podziwu dla chłopaków za to, co zrobili. Przewaga gości wynosiła już 19 punktów, kosz wydawał się zaklęty, wyrzucał wszystko, co chciało do niego wpaść z rąk naszych graczy. Czarne Pantery od dawna nie grały razem w pełnym składzie, co spowodowało, że przez pierwsze minuty musiały jakby na nowo oswoić się ze swoją wzajemną obecnością na parkiecie. Podobało mi się zachowanie Stanleya, który chyba w końcu zrozumiał, czego oczekuje się od niego niezależnie od fazy rozgrywek, szybko i sprawnie działał w obronie Paweł Kikowski, dobry rytm złapał Leon, emocje studził Mantas, jednak największy respekt wzbudził we mnie Darnell. Od dawna wyobrażam go sobie jako zawodnika grającego pierwsze skrzypce w decydującej fazie rozgrywek. Darnell to nie tylko wszechstronny koszykarz, ale także silny facet, który sam najlepiej potrafi zmotywować się do gry, nie występuje u niego syndrom jeźdźca bez głowy, nie konfliktuje się z resztą graczy, wprowadza w zespół cenną atmosferę pachnącą duchem walki i pragnieniem zwyciężania. Darnell ma jasno określone koszykarskie priorytety i, według mnie, to jeden z tych graczy, którzy do pełnego rozkwitu formy potrzebują emocji najwyższego rzędu. Im dalej w sezon, tym lepsze wyniki indywidualne.

Przyznam, że drżałam ze strachu po fatalnym początku meczu w naszym wykonaniu, obawiając się, że dalsze próby popisów mogą okazać się gwoździem do trumny i tak rozpoczęte spotkanie będzie chciało się jak najszybciej zakończyć, podsumowując tym samym bilans występów ekipy ze Słupska w szóstkach. Czy Czarni kalkulowali ostateczny wynik? Jestem przekonana, że nie. Zwycięstwo w tym meczu było dla drużyny psychologicznie cenniejsze i ważniejsze niż dopasowywanie sobie rywala w play off. Dlatego też to my mamy w tej chwili przewagę nad koszykarzami z Zielonej Góry. Wybiegniemy na ich teren ze świadomością, że potrafimy opanować styl gry rywala, co udowodniliśmy sobie w praktyce całkiem niedawno.

Oczywiście nie zwalnia to nas z pełnego zaangażowania przygotowania się do najbliższych meczów wyjazdowych. To będą zupełnie inne mecze, w których na pewno nie uda się nam powtórzyć wyczynu odrobienia kilkunastu punktów. Nie będzie można pozwolić sobie na moment dekoncentracji czy słabszej skuteczności, bo zostanie to w mig bezwzględnie wykorzystane przez przeciwnika. Ale my, kibice, za to właśnie uwielbiamy play off! Dla nas gra zaczyna się od początku, talia kart została na nowo przemieszana i każdy wynik jest możliwy. Play off wygrywa nie tylko najlepszy, ale także najbardziej odporny na presję.

Obstawiam, że wystarczy taktycznie wyłączyć dwóch kluczowych graczy z Zielonej Góry, by objąć przewagę: Waltera H. oraz Kirka A. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Obrona, obrona i jeszcze raz obrona- niech ona pretenduje do miana bohaterki spotkania. Bez wyżej wspomnianej dwójki zespół naszego rywala gra niepewnie, chaotycznie i popełnia więcej strat. Waltera nie tak łatwo „zajechać kondycyjnie”, dlatego raczej nie liczmy na tego typu cud, bo może się nie zdarzyć. Kirka dobrze byłoby odciągnąć nieco od kosza. Ale w jego pobliżu częściej stać muszą nasi wysocy gracze, których mi ostatnio w tym miejscu brakowało, zwłaszcza przy zbiórkach w ataku.

Z drugiej strony, nie wiem, jakie zagrożenie będą stanowić pozostali gracze po powrocie trenera Uvalina, którego bardzo szanuję jako szkoleniowca i podziwiam jako świetnego motywatora i mądrego stratega. To dzięki preferowanemu przez niego stylowi gry nasz najbliższy rywal z pewnością uraczy nas agresywną, dynamiczną koszykówką z dużą liczbą oddawanych rzutów. Niestety, zwykle skutecznych. Bo snajperów w Zielonej Górze pod dostatkiem.

Jak się bronić? Recepta jest zawsze ta sama: grać na maksa, szanować rywala, ale nie tracić pewności siebie, gryźć parkiet w każdej sekundzie, nie bać się rzucać, ufać kolegom, powściągnąć indywidualne zapędy, słuchać trenera, nie pozwolić, by ostatnie- decydujące punkty- przyznawali sędziowie…

Czego naszej drużynie, słupskim kibicom, w tym sobie, u progu play off życzę,

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

(Po)świąteczne jaja

 

Święta, święta i po świętach- wprawdzie Matce Naturze troszkę się w planach namieszało i postanowiła sprezentować nam nieco białego puchu, ale- jak mówią- lepiej późno niż wcale. W przyrodzie nic nie ginie. Nie ginie także w sporcie, dlatego nie mogę przejść obojętnie obok tego, co działo się w rozgrzanej wysoką temperaturą Twierdzy w sobotni wieczór. A jaja były jak berety.

Początkowo lekko obawiałam się mizernej frekwencji spowodowanej serią bolesnych przegranych Czarnych Panter oraz świątecznymi wyjazdami na snowboard (!)  wielu słupskich basketorodzin, na szczęście prawdziwi kibice nie zawiedli (pomimo tego, że wielu z nich deklarowało po ostatnich porażkach, że w ramach programowego focha tak szybko do hali w tym sezonie nie wróci), pokazali jaja i z optymistycznie nastrajającą wiarą, nadzieją, miłością, wprost z kościelnego święcenia kulinarnych symboli, powędrowali do świątyni koszykówki. Tu też się przeżegnali…

Po raz pierwszy doświadczyłam sytuacji, w której nie mecz był gwiazdą wieczoru, a wynik. Dlatego zacznę od niego. O tym, że wynik, jak mężczyzna, zmiennym jest, dowiedziałam się podczas konferencji prasowej, a konkretnie- podczas wysłuchiwania wypowiedzi trenera Adamka. I nie wiem, kto był bardziej zdziwiony: ja czy on. Okazało się bowiem, że do wyznaczonych regulaminem osób komentujących wydarzenia na parkiecie dołączył niespodziewanie pan komisarz (muszę uważniej poczytać załączniki do regulaminu, bo nie jestem na czasie), który, ku mojemu babskiemu niezadowoleniu, skierował na siebie wszystkie światła kamer i przepraszająco oznajmił, że wielkanocny zając ukradł gdynianom z protokołu jeden punkt (a to psotnik!), po czym został on jednak dopisany do protokołu. Wcześniej nie mógł być wpisany, gdyż „zbyt wiele się działo”. Trener Adamek grzecznie po dwakroć podziękował, pan komisarz zażartował, konferencja potoczyła się dalej tradycyjnym rytmem i wszyscy wyszli (nie)zadowoleni. W końcu święta to czas radości, ha!

Pośmielim się? Pośmielim. I tak przegralim. A teraz wyobraźmy sobie sytuację, w której dochodzi do dogrywki. Naprzeciw siebie stają po krótkiej przerwie dwa zespoły, mija kilka minut zaciętej gry, gdy nagle na środek parkietu wbiega pan komisarz, wymachując protokołem i wykrzykując, że to taki świąteczny żart ligowy, bo przecież mecz już dawno się rozstrzygnął i czas podwiesić kosze pod sufit. Zobaczyć miny słupskich kibiców- bezcenne…

Rozumiem prawo człowieka do błędu. Cieszę się, że pan komisarz pokazał jaja i potrafił przyznać się publicznie do przeoczenia, tuż po meczu korygując wynik, nie czekając na odwołanie zespołu z Gdyni, do którego zespół miałby regulaminowe prawo. Wprawdzie taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy w Gryfii od czasu, gdy zaczęłam w niej regularnie przemieszkiwać, nie zakończyła się tragedią, zmianą wygranego czy rozlewem krwi, jednak nie potrafię do końca przegadać wewnętrznego diabła, który siedzi we mnie pod postacią alter ego i trąca czasem boleśnie widłami. Mądrzy się skubany niemiłosiernie i buntuje okrutnie, mówiąc, że gdyby podobna sytuacja zdarzyła się  w jego ekstraklasie w piekle, nie pozostałby po nim nawet „łabędzi śpiew”. Bo liga w piekle jest profesjonalna, posługuje się nowoczesnymi narzędziami monitorowania meczu, a nawet jeśli te zawodzą, to przecież można liczyć na cały sztab ludzi pracujących nad prawidłowym przebiegiem rywalizacji na parkiecie. Siedzą one na wyciągnięcie ręki.

Oczywiście daleka jestem od napędzania jakiejkolwiek afery, dziś już tylko żartuję sobie z tej sytuacji, traktując ją raczej jako  anegdotę. Być może to moje antidotum na nieszczęśliwą przegraną Czarnych Panter. Daleka jestem od doszukiwania się w tej historii celowości działań i spiskowej teorii dziejów. Asseco i tak sobie ten punkt uczciwie wypracowało. Bardziej martwią mnie inne obrazki, które wyjątkowo dobrze widziałam z perspektywy lewego kosza, a które ewidentnie spodobałyby się mojemu diabłowi. Przystępując do pisania niniejszego bloga obiecałam sobie, że nie będę oceniać pracy sędziów pod żadnym pozorem i słowa dotrzymam. Przyszedł mi jednak do głowy pomysł, którego nie da się opowiedzieć bez użycia słowa sędzia. Otóż w moim ukochanym szkolnictwie jest tak, że każdy żuczek, który ocenia innych, sam podlega systematycznej ocenie i weryfikacji (tzw. ewaluacji). Oceniający  za chwilę staje się żuczkiem, który ma nad sobą innego oceniacza, a ten z kolei żuczkuje przed jeszcze innym. W ten sposób można rozliczyć żuczka ze słabości w ocenianiu. Można też po prostu uświadomić mu, że większy żuczek ciągle patrzy i za dobre ocenianie nagradza, za złe może nawet zastąpić innym żuczkiem. Bo żuczek nie może czuć się bezkarny. Bo nawet jeśli nie składa przysięgi Spaldinga, to automatycznie staje się gwarantem obiektywizmu, bezstronności i ducha czystej rywalizacji. Musi być taki system, w którym przykład idzie z góry, w którym jest jakiś megażuczek bez osobistych sympatii wobec innych żuczków. Musi być ława żuczków, która wypełnia po meczu arkusz ewaluacyjny, dokonując oceny trafności decyzji podejmowanych przez kolegów w trakcie pracy z gwizdkiem.

Po meczu z Asseco wystartowała w kuluarach giełda par tworzonych na czas play off. Zapytano również mnie o zdanie. Odpowiedź brzmiała: Czarni- Asseco. Od początku sezonu mam chrapkę na obalenie w wielkim stylu mistrza, udowodnienie mu, że na koronę pracuje się cały sezon. Oczywiście byłabym szalona, gdybym uznała, że to jedyne moje argumenty. Uważam, że nasz styl gry jest wyjątkowo niewygodny dla gdynian, nic lepiej nie mobilizuje Dainiusa do maksymalnego wysiłku twórczego niż gra przeciwko najlepszemu zespołowi w lidze. W dodatku lepiej gramy na z góry straconej pozycji (nawet pod nieobecność trzech zawodników) i w sytuacji, gdy nie jesteśmy faworytem. No i wyjazdy nie byłyby dalekie, zatem słupscy kibice mogliby bez trudu przetransportować piekło ciut dalej.

A, zapomniałam napisać coś o meczu. Kluczem do prawie wygranej, było, według mnie, zrozumienie przez zawodników, wszystkich razem i każdego z osobna, roli, jaką muszą odgrywać w zespole na polecenie trenera. Dawno Czarne Pantery nie były tak zdyscyplinowane i świadome swoich ustawień. Moim osobistych MVP meczu, choć grał z mizerną skutecznością rzutową, był Krzysztof Roszyk- człowiek, który o obronie wie wszystko, a nawet więcej…

Pozdrawiam wszystkich kibiców, którzy nie złorzeczą ENERDZE CZARNYM po serii porażek, rozumiejąc podstawową zasadę: każdego rozlicza się z efektów pracy. A sezon się jeszcze nie skończył! Dlatego zachowajmy cierpliwość, pozwólmy zespołowi pozlepiać się na nowo, nabrać sił przed play off. Czy ktoś nie jest jeszcze przekonany, że ta drużyna ma jaja?

 

Agata

a.bartoszek@energa-czarni.pl

Wyświetlanie 1 - 5 z 73 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 15