Pomyśleć, że tydzień temu o tej samej porze dnia, pełna nadziei i uśmiechu, prasowałam czerwoną bluzeczkę na wyjazd do Zielonej Góry. Oczywiście, miałam świadomość tego, że starcie Czarnych Panter z podopiecznymi trenera Uvalina może być ostatnim w bieżącym sezonie, jednak absolutnie nie przylgnęłam do tej myśli, przeciwnie, już ustalałam taktykę na starcie z mistrzem Polski! Przecież po całej serii pechowych i nieszczęśliwych przegranych w końcówkach spotkań los nie mógł okazać się na tyle złośliwy, by po raz kolejny wystawić nas na tak brutalną i gorzką próbę. A jednak myślenie blondynki nie jest jej najmocniejszą stroną…
Kochani, stało się faktem, sezon 2011/2012 przeszedł do historii! Jakkolwiek trudno tak z miejsca zapomnieć o szumie w uszach po ogłuszającym dopingu, odłożyć czerwone akcesoria na dno garderoby, przestać pozdrawiać najwierniejszych kibiców siedzących obok itp., musimy zadowolić się oglądaniem w TV meczów półfinałowych, a potem finału z udziałem innych drużyn (W tym miejscu pozdrawiam tych, którym ulżyło po zapoznaniu się z wynikiem piątego meczu w Gdyni. Są porażki, których moje wątłe serce nie udźwignęłoby…).
Jak zapamiętam zakończony dla nas sezon? Trudno to jednoznacznie określić: z jednej strony osiągnęliśmy cel minimum, pogroziliśmy palcem najlepszym, z drugiej- musieliśmy obejść się smakiem na widok medalu, który wcale nie leżał na odległym talerzu. Zemściły się na nas nieumiejętnie rozegrane końcówki, seryjnie tracone punkty na początku spotkań, zbyt swobodne podrygi po obejmowaniu przewagi. Jak widać, w przyrodzie nic nie ginie. Jeśli ktoś pięćdziesiąt razy próbuje przeskoczyć kałużę tak samo długim krokiem, widząc, że nie wystarcza on do tego, by się nie zmoczyć, nie przeskoczy jej przy pięćdziesiątym pierwszym podejściu. Z perspektywy czasu oceniam, że naszym zawodnikom zabrakło woli wydłużenia kroku. Pod względem umiejętności poradzilibyśmy sobie zarówno z mistrzem, jak i wicemistrzem Polski oraz innymi oponentami, ale mentalnie zacięliśmy się, skacząc nad kałużą. A kto stoi w miejscu, ten się cofa. Stąd też przeciwnicy doskonale wiedzieli, że wystarczy rozdrażnić nas na początku meczu, ponaciskać nieco w obronie, zmusić do kilku nieprzemyślanych fauli i będziemy ugotowani.
Trener Adomaitis wydaje się potwierdzać tę niechlubną tezę. Przyznał wprost, że zabrakło w tym sezonie zawodnika, który stanowiłby pulsujące serce drużyny. Nie przyjął na siebie tej roli kapitan zespołu- Mantas, ale on zawsze lepiej czuł się, pozostając w tle wydarzeń. Nie udało się w pełni zintegrować z kolegami mózgowi zespołu- Stanleyowi- który wielokrotnie opuszczał trening ze słuchawkami na głowie, sam jak palec, bez potrzeby skomentowania czegokolwiek z kimkolwiek. Wiem wiem, akurat o Stanie powinnam pisać w samych superlatywach, jednak nie mogę przemóc się. Oceniam tego zawodnika w przekroju całego sezonu- on również nie zawsze był w pełni gotowości, nie w każdym meczu brylował na parkiecie jak w play off. To moja odpowiedź dla tych, którzy zapewniali mnie, że Stan bardzo dobrze zrobił, wytykając lenistwo w pracy innym graczom ENERGI CZARNYCH. Uważam, że każdy z nich najlepiej wie, z czego wynikała koszykarska niemoc. Owszem, Amerykanin rzucił ciekawe światło na pewne sprawy związane z podejściem do gry, jednak, jak głosi jedna z moich ulubionych sentencji: Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem!
Zabrakło pazura przez duże P. Ale skoro zawodnicy widzieli, że ów pazur tępi się już w trakcie rundy zasadniczej, ma związek z brakiem ich poczucia wewnętrznej wspólnoty i jedności celu, dlaczego nikt nie zrobił nic, by sytuację uzdrowić? Dlaczego z krytyką czekano do końca sezonu? To pytanie nie daje mi spokoju.
Nie daje mi spokoju jeszcze jedna kwestia: Jak daleko posunięte może być zaufanie trenera do swoich graczy? Do jakiego momentu może on stać murem za prowadzonym przez siebie zespołem, czekając na jego przebudzenie się, jednocześnie widząc opadający często poziom zaangażowania? Myślę, że odpowiedź poznał w ciągu ostatnich miesięcy Dainius Adomaitis, który wiele razy podkreślał, że nie ma doświadczenia we wszystkich aspektach prowadzenia zespołu i często musiał polegać na instynkcie, ale bezwzględnie wierzył w zespół i w chłopaków. Dainius przyjął taki a nie inny styl prowadzenia zespołu, wiele wskazywało na to, że się nie pomylił, jednak nie było fizycznej możliwości stuprocentowego potwierdzenia tego założenia. Trener na dorobku niczego nie może być pewien.
Skoro o trenerze mowa, przyznam, że będzie mi go bardzo brakowało. Dainius stał się dla mnie wzorem człowieka pracy, zyskał moją ogromną sympatię jako współpracownik i członek drużyny, którą tworzyliśmy w klubie, wspólnie ciężko pracując na sukces. Przy mrówczej pracy doskonale rozpracował wszystkich rywali, skutecznie zmotywował zespół do walki po fatalnym występie w etapie szóstkowym. Nigdy nie przekroczył przy tym norm etycznych czy dotyczących kultury osobistej. Szanowali go zawodnicy, cenili kibice. Jestem pewna, że z powodzeniem rozwinie swoją trenerską karierę w najbliższych sezonach.
Prawie wszystkim zawodnikom kończą się kontrakty, trudno powiedzieć czy któregoś z nich zobaczymy w następnym sezonie. Osobiście radziłabym nie wybiegać za daleko w przyszłość, bo przed słupską koszykówką potężne wyzwanie: zapewnić budżet do dalszego funkcjonowania klubu oraz zespołu. Odetchnę z ulgą dopiero, gdy prezes Andrzej Twardowski zadzwoni i da mi sygnał, że możemy rozpocząć kampanię przygotowawczą do sezonu 2012/2013. Czasy takie niepewne…
Jestem jednak niepoprawną optymistką i idealistką, dlatego wierzę, że Pan Prezes szybko zadzwoni i najczarniejsze myśli zejdą do podziemia. Naprawdę mamy wiele szczęścia, ciesząc się obecnością tak kreatywnego, skutecznego, odpornego na stres i niesprzyjającą aurę lidera. Doceńmy to wreszcie.
Kochani, udając się na przymusowy przedwczesny urlop od koszykówki, pragnę podziękować Wam z całego serca za piekielnie gorące i pozytywne emocje, bez których moje życie nie byłoby tak kolorowe. W żadnym sezonie nie zjadłam tak wielu białych michałków (Polecam, doskonałe antidotum na sytuacje napięcia), nie przeżyłam tylu chwiejnych wrażeń i emocji, ale warto było! Nie mówmy o odchodzącym w przeszłość etapie rozgrywek w kategoriach porażki, wyciągajmy wnioski, uczmy się dalej i kontynuujmy z dumą słupskie tradycje kibicowskie.
Z łezką w oku żegnam się z Wami, aczkolwiek nadal chętnie pokonwersuję w mailach, za które ogromnie dziękuję.
Agata,
a.bartoszek@energa-czarni.pl