Widziane z trybun (Widziane z trybun)

Gleba, sufit, gleba

 

Witam Was Kochani!

Czy ja wyglądam na jakiegoś fakira? Nie sądzę, nie dosyć, że w życiu nie widziałem takiego na żywo, to jeszcze osobiście nie lubię wszelkiego nakłuwania, przebijania i tym podobnych praktyk. To za jakie grzechy muszę teraz siedzieć jak na szpilkach w oczekiwaniu na informacje z obozu dotyczące stanu zdrowia Stanleya? Ale dlaczego tak jest? Dlaczego nie mogę sobie spokojnie wstać, wypić kawy i pisać mobilizujący wpis przed jednymi z najważniejszych meczów w sezonie? Dlaczego po niedzielnym załamaniu, wtorkowej euforii musi przyjść czwartkowa depresja?

Wszystko wskazuje na to, że musimy przygotować się na grę w osłabieniu. Wiecie Kochani co to oznacza? Musimy dać z siebie jeszcze więcej, niż dalibyśmy, gdyby Stan grał. Każdy, kto widział jego grę przeciwko Zastalowi wie, jak ważny to zawodnik- jak mocno broni przeciwko Hodge’owi, jak pobudza kolegów, motywuje ich, jaka energia wręcz od niego bije na parkiecie. Teraz naszym zadaniem będzie przejąć tę rolę… Owszem, nikt z nas nie weźmie piłki i nie zdobędzie punktów, nikt nie zrobi asysty, nikt nie przechwyci, nie wymusi straty. Jednak nie mam wątpliwości, że potrafimy zadziałać tak, by przeciwnikowi grało się trudniej w ataku, by nie słyszał własnych myśli, nie mówiąc już o głosie kolegów. Wiem, że potrafimy dekoncentrować rywali, potrafimy wyprowadzać ich z równowagi- niech to będzie nasza obrona! Musimy dołożyć swój hałas, swój ryk, swoją cegiełkę do defensywy. Brak pierwszego rozgrywającego to sytuacja, z którą mogłaby nie poradzić sobie większość zespołów i my nie jesteśmy w tej sytuacji wyjątkiem. Nie jest tajemnicą, że nie tylko gra w obronie w dużej mierze zależy od Burrella, ale także, a pewnie i przede wszystkim w ataku. Dlatego kolejny raz zwracam się do Was- to my musimy zrobić wszystko, by tę lukę postarać się załatać. Dodając naszym sił, motywacji, wiary w sukces. Nasze donośne okrzyki i śpiewy są w stanie im pomóc. Pamiętacie pierwszy mecz ćwierćfinałowy w Kołobrzegu? Przegraliśmy go z grającą w okrojonym składzie Kotwicą. Bo Kotwica była zdeterminowana, by udowodnić, ze grać potrafi zawsze, a kibice nieśli ich wspaniałym dopingiem.

To wszystko jest do zrobienia, trzeba tylko trzymać głowę wysoko, wspierać naszych, którzy muszą w tej sytuacji pokazać charakter i wziąć sprawy na swoje barki. Czas na Mantasa- pora się przebudzić Kapitanie, wraz z Darnellem musicie zatuszować brak Stanleya i pora na Leona- musi wejść z taką grą, by Ado zmieniając Białego nie stawiał na czwórce Krzyśka, tylko właśnie Pawła. Wynik w tym sezonie jest sprawą otwartą, dlatego wszyscy razem i każdy z osobna musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by szalę zwycięstwa przechylić na naszą korzyść. Teraz, jak nigdy wszyscy jesteśmy jednym zespołem.

Teraz tak mnie naszło. Zasadniczo nie wierzę w przypadkowość zdarzeń ważnych (jak ktoś mnie zapyta, czym jest zdarzenie ważne, próbując wciągnąć w jakieś filozoficzne rozważania, to mu od razu odpowiem, ze zdarzenie ważne, to jest takie zdarzenie, które uważam za ważne. I tyle). I tak się teraz zastanawiam, czy to przypadkiem (nie no, złe słowo, miało nie być przypadków)… I tak się teraz zastanawiam czy los nieprzypadkowo chce pokazać nam, jak to będzie, gdy Stanleya na parkiecie nie będzie. Zawodnika, do którego było wiele pretensji, którego obwinialiśmy za porażki, nie zawsze doceniając jego udział w wygranych. Zawodnika, który niewątpliwie zostawia serce (słowo klucz) na parkiecie, żyje koszykówką, kocha ją. Może ta sytuacja ma nas czegoś nauczyć? Nas, czyli kibiców, ale także kolegów z drużyny. Po pierwszym meczu w Zielonej usłyszałem i wyczytałem wiele pretensji do Stanleya za ostatnią akcję w regulaminowym czasie. To może los złośliwy postanowił, że Burrell w następnym meczu mocno przyczyni się do zwycięstwa, ale w kolejnym już go nie będzie, byśmy mogli go docenić- koszykarza, którego grzechem głównym jest to, że często chce aż za bardzo. Ok., wystarczy tych rozważań z pogranicza zdrowego rozsądku, za mocno się uzewnętrzniam.

Kochani, na koniec proszę Was raz jeszcze- zróbmy to, co do nas należy, a może i trochę więcej. Dopingujmy z całych sił, bądźmy cierpliwi i wyrozumiali. Nastawmy się na walkę do ostatnich chwil, niezależnie od przebiegu meczu- trzy ostatnie rywalizacje z Zastalem pokazują, ze w każdej chwili, wszystko może się odmienić. Dlatego bez względu na to, co będzie widniało na tablicy, jaka będzie gra naszych, robimy to, co potrafimy robić najlepiej. Robimy PIEKŁO!!! To jest cza Play Offów, to jest nasz czas!

Do zobaczenia w piątek,

Rychu.

Dzisiejszy powód do bycia dumnym Czarnuchem.

Bądź dumny. Czarnuchy potrafią wyjść z nawet najgorszej opresji.

Niech się zacznie

 

Witam Was Kochani!

I się doczekaliśmy- Play Off!!! Lecz wcześniej mieliśmy mecz z Zastalem, przed którym słyszałem wiele głosów w podobnym tonie- „podkładamy się, bo lepiej grać z Zieloną Górą, niż Anwilem”. Przyznaję, resztki włosów jeżyły się na mojej głowie. Nie chciało mi się wierzyć, że kibice Czarnych Panter są gotowi poświęcić mecz, przyjąć ósmą z rzędu porażkę, tylko po to, by ominąć jednego niewygodnego przeciwnika i trafić na innego , z którym w razie porażki mielibyśmy także bilans 0-4. Straszne to kalkulowanie, zupełnie dla mnie niezrozumiałe, bo wychodzę z założenia, że najlepiej jest wygrywać wszystko, co tylko możliwe, czyli każdy jeden mecz. Chce się cieszyć ze zwycięstw, chcę w pogodnym nastroju świętować w Switchu, chcę jak najczęściej dziękować naszym koszykarzom za ich postawę.

I właśnie teraz to robię. Dziękuję im serdecznie za to, że wbrew trendowi i przyzwoleniu społecznemu (jestem przekonany, że wiele osób nie miałoby żalu, gdybyśmy przegrali, aż do momentu dowiedzenia się, że Anwil pokonał Turów), wbrew fatalnej sytuacji po pierwszej kwarcie dali z siebie wszystko i pokonali pierwszy raz w tym sezonie Zastal. Panowie pokazaliście dokładnie to, czego się od Was oczekuje- serducha! Jednocześnie śmiać mi się chce słysząc, że Zastal nam się podłożył w momencie, gdy dowiedział się o zwycięstwie Anwilu w Zgorzelcu. Widziałem zielonogórzan walczących do ostatniej sekundy o każdą piłkę- oni chcieli to wygrać, nie dali rady… Zresztą, kto się podkłada w meczu poprzedzającym PO, do tego swojemu najbliższemu rywalowi i to jeszcze po tak zaciętym pojedynku? O tym, jakie skutki może przynieść jedna porażka w spotkaniu rozgrywanym „na styku” niech świadczy nasza sytuacja po meczu w Gdyni.

Po pierwszej części meczu widziałem kilku kibiców wychodzących z trybuny głównej, oni przestali wierzyć, opuścili nas. I bardzo dobrze. Najważniejsze, że na posterunku zostali ci, którzy wierzyli i im zależało. Bo hala wypełniona do połowy, ale za to kibicami stojącymi murem za swoją drużyną doda zdecydowanie więcej pozytywnej energii, niż hala wypełniona po brzegi kibicami, których emocje będą mieszane.

Piszę o zaangażowaniu, walce, wierze w zwycięstwo, bo właśnie teraz nastał ten czas, kiedy te elementy będą decydującymi w potyczce ćwierćfinałowej. Nasz rywal dysponuje podobnym do nas potencjałem kadrowym, dlatego przypuszczam, że wygrają ci, którzy będą bardziej zdeterminowani, by wygrać. Słyszę różne opinie na temat naszych szans- wiele z nich jest optymistycznych, sporo także stonowanych i ostrożnych. Nic dziwnego, skoro ten sezon mieliśmy tak różny w naszym wykonaniu- były i wspaniałe zwycięstwa, ale także wstydliwe porażki. Na jaki moment trafiliśmy tej chwili? To okaże się już niebawem, chociaż nie będę ukrywał, że liczę na formę, poziom i zaangażowanie podobne do tych, jakie prezentowaliśmy pod koniec pierwszego etapu i na początku „szóstek”. Słyszę, że „pierwszy mecz będzie najważniejszy, a kto go wygra, wygra serię, bo wywalczymy przewagę parkietu”. W tym miejscu przypomnę sobie i Wam wyniki poszczególnych rywalizacji na przestrzeni lat.

Rok 2000 Czarni – Stal Ostrów Wlkp. 1:3 (po Ostrowie 1:1)

Rok 2001 Czarni – Anwil 2:3 (po Włocławku 1:1)

Rok 2006 Czarni – Śląsk 3:1 (po Słupsku 1:1)

Rok 2007 Czarni – Anwil 1:3 (po Włocławku 1:1)

Rok 2009 Czarni – Kotwica 3:1 (po Kołobrzegu 1:1)

Rok 2009 Czarni – Turów 2:4 (po Zgorzelcu 1:1)

Rok 2011 Czarni – Prokom 1:4 (po Gdyni 1:1)

O czym świadczą te wyliczenia? Gra się zawsze i do końca! Wywiezienie zwycięstwa na wyjeździe tak naprawdę o niczym nie przesądza, daje jedynie odrobinę komfortu psychicznego. Tak, jak żadnym szałem nie będzie, jeśli przywieziemy z Zielonej Góry zwycięstwo, tak samo nie będzie tragedią, jeśli go nie przywieziemy. Play Off jest tak fantastycznie skonstruowany, że do czasu aż nie wygrasz/przegrasz trzeciego spotkania, tak długo losy rywalizacji mogą się odwrócić. A o tym, że potrafimy diametralnie zmieniać bieg wydarzeń na parkiecie, przekonaliśmy się w tym sezonie niejednokrotnie. Wygrywaliśmy mecze, na których dawno postawiony był krzyżyk, a także przegrywaliśmy te, które wydawały się być wygrane.

Jak będzie w tej rywalizacji? Nie mam pojęcia, bo stać na nas wszystko. Ale wierzę w naszych zawodników, wierzę w trenera, w ich przygotowanie, ambicje, determinację i wolę walki. Wierzę, że wyczerpaliśmy już limit pecha na ten sezon. Jedziemy do Zielonej, walczymy, nie poddajemy się tak, jak w ostatnim meczu- wbrew okolicznościom.

To jest Play Off, trzeba mieć jaja do samej ziemi i my je mamy!

Do boju!

Rychu.

Dzisiejszy powód do bycia dumnym Czarnuchem.

Bądź dumny, Twojej dumy nam trzeba w zbliżającej się walce.

Huśtawka nastrojów

 

Witam Was Kochani!

Spodobała mi się formuła ostatniego blogowania, czyli wpis dwuczęściowy. Do tego stopnia, że i tym razem z niej skorzystam. Teraz mamy środę, jest godzina 8:00, w głowie mam pozytywne wrażenia po meczu z APG i musze je przelać, aby nie zostały wyparte przez wrażenia z Włocławka. Przepraszam za ten pesymizm, ale mam wrażenie, że w obecnej sytuacji kadrowej po prostu się nie da…

Właśnie, sytuacja kadrowa. Znaleźliśmy się w fatalnym położeniu- wypadło nam trzech podstawowych graczy, w tym dwóch Polaków koniecznych w rotacji i jeden z lepszych obrońców tej ligi. Gramy w górnej szóstce, więc nie mamy co liczyć na słabego przeciwnika, który tych osłabień nie wykorzysta i mimo wszystko zdobędziemy punkty. Na szczęście jest też druga strona medalu- na szczęście kontuzje te nie mają bezpośredniego wpływu na obecność w Play Offach i dzięki temu mamy względny spokój w fizycznym i taktycznym przygotowywaniu się do tej fazy gier. Mogło być lepiej, ale naprawdę mogło być także dużo gorzej- takie szczęście w nieszczęściu. Mamy czas na leczenie i wierzę, że zostanie on dobrze wykorzystany.

Wiarę tę obudził, bo bez bicia przyznaję, że była ona już uśpiona, ostatni mecz naszej drużyny. Zostaliśmy z góry skazani na porażkę, bo tak nakazywała logika- seria porażek, Mistrz Polski i kontuzje- naprawdę niewiele wskazywało na inne rozwiązanie. A tu zaskoczenie, nasze Pantery przypomniały sobie, że jest coś takiego jak pazur i postanowiły go pokazać. Bardzo mocno postawiliśmy się gdynianom, wynik wisiał na włosku do ostatniej akcji, dzięki czemu do końca mieliśmy szansę na spektakularne zwycięstwo. Nie udało się, tym razem trudno. Mam wrażenie, że mecz ten może zmienić wiele w mentalności naszego zespołu. Skoro w tak okrojonym składzie byliśmy w stanie walczyć jak równy z równym, to dlaczego mielibyśmy nie wygrywać, gdy już wszyscy będą zdrowi? I jeszcze jedna rzecz- dyscyplina. Mam nadzieję na zrozumienie konieczności totalnego podporządkowania się myśli taktycznej Trenera Adomaitisa. Ten człowiek, oprócz tego, że jest trenerem i w zasadzie to już powinno wystarczyć za dowód, prawdopodobnie wie o koszykówce więcej niż wszyscy inni z naszego Klubu razem zebrani. A już bez słowa „prawdopodobnie” można stanowczo stwierdzić, że jako zawodnik osiągnął zdecydowanie najwięcej, grał w zespołach o wiele silniejszych z o wiele lepszymi zawodnikami niż mają okazję robić to na co dzień gracze naszej drużyny. Do tego mam wrażenie, że nie jest jakoś specjalnie trudnym w kontaktach człowiekiem, dlatego Dainiusa słuchać trzeba i basta! Słuchać i wykonywać polecenia.

Zaangażowanie, wiara w możliwości, chęć odniesienia sukcesu i dyscyplina- w naszej sytuacji może to zaprowadzić nas daleko. Ważne jest, aby każdy przypomniał sobie o SWOICH naturalnych rolach, które dane jest mu spełniać. Jeżeli jest trener, to ma on trenować, jeżeli jest strzelec, to ma on rzucać punkty, obrońca ma bronić, rozgrywający uruchamiać partnerów. Jeśli mamy zadaniowców, to niech spełniają oni swoje zadania, jeśli ktoś pod koszem lepiej czuje się w grze siłowej, lubi i potrafi dać zbiórkę w ataku, po której zdobędzie punkty, to niech do tego dąży i tak dalej. Najważniejsze, by żaden z zawodników nie widział w sobie asystenta trenera, lidera lub bohatera. To bardzo proste, a bezpośrednio prowadzi do celu- jeśli każdy z graczy zacznie koncentrować się na swoich powinnościach i zacznie je wykonywać dobrze, to cała drużyna będzie funkcjonować dobrze. Wtedy nie będzie konieczności koncentrowania się na postawie kolegów z drużyny.

Naprawdę wierzę w możliwości naszej ekipy. I z wiarą tą udam się do Włocławka. Nie po zwycięstwo, bo niestety skład mamy dziurawy, ale po obraz zespołu, który się odbudowuje, dojrzewa i słucha. Do dalszej części wrócę jak wstanę po powrocie.

Aaaaa zapomniałem, a to przecież ważne. Po starciu z Gdynią pojawiły się mocno krytyczne glosy na temat dopingu. Szczerze mówiąc byłem zaskoczony, bo stojąc na trybunach miałem wrażenie, ze jest dobrze. Później rozmawiałem z Prezesem Twardowskim, który w moim przekonaniu mnie utwierdził, bo jego pogląd na sytuację był podobny do mojego- doping był dobry, miał świadomość okresu świątecznego, zadowolony był z frekwencji i zrozumienia kibiców dla sytuacji, w której znalazła się drużyna. Oczywiście można stwierdzić, że to kurtuazja. Jednak za długo znam Prezesa, by o to go podejrzewać- nie ma ku temu najmniejszych powodów, zwłaszcza w relacjach ze mną. Bo i po co, skoro wszyscy wiedzą, że Rychu był, jest i będzie tak długo, jak będzie mógł temu Klubowi coś dać od siebie.

Ajjjjj… I co z tego, że się człowiek spodziewa porażki? Co z tego, że wydaje mu się , że jest na nią przygotowany, skoro nie jest, a w momencie, gdy przegrywamy jakby kolejny raz dostawał w łeb. Wczoraj zabrakło potencjału. Anwil kadrowo jest lepszy nawet od naszego pełnego składu, dlatego tym bardziej nie powinno dziwić, że lepszy jest od pozbawionego dwóch strzelców. Niestety, w momencie zagęszczenia strefy pod koszem zostaliśmy z jednym Mantasem, który normalnie potrafi trafić z dystansu- a temu wczoraj nie siedziało, więc pozamiatane. Nieźle trzymaliśmy się przez pierwsze piętnaście minut, później przyszło zmęczenie, rotowanie w zespole gospodarzy i tak gra się posypała. Już czwarty mecz nie mamy żadnej odpowiedzi na Berishę, który trafiał z każdej pozycji, zarówno bez obrońcy, jak i z dwoma.

Posmutniałem mocno, bo wygląda mi na to, że lato tego roku będzie bardzo długie. Dlatego mam do Was Kochani ogromny i gorący apel, naprawdę dawno tego nie robiłem. Zróbmy w niedzielę atmosferę, jak za najlepszych czasów Gryfi! Pokażmy wsparcie do końca, niezależnie od sytuacji. Zróbmy tak, by wątpiący na nowo uwierzyli. Zróbmy to dla koszykarzy, dla Klubu, dla siebie samych, dla własnego samopoczucia. Wszyscy na czerwono i dopinamy naszym skrzydeł! Walczymy!

Do zobaczenia,

Rychu.

Dzisiejszy powód do bycia dumnym Czarnuchem.

Bądź dumny, w każdym meczu walczymy do ostatniego tchu!

W dwóch odsłonach

 

Witam Was Kochani bardzo serdecznie!

Dzisiejsze pisanie rozpoczynam bardzo nietypowo, bo już w środę. Nigdy tego nie robię, będzie to swego rodzaju eksperyment. Powód jest raczej zrozumiały- dzisiejszy mecz z Turowem. Plan jest taki, że pierwsza część dotyczyć będzie meczu w Sopocie, a druga potyczki w Zgorzelcu. Mógłbym opisać obie sprawy dopiero jutro, ale być może wygramy, a wtedy nie będę obiektywny, lub będę się kamuflował ze swoimi odczuciami, które noszę od soboty. Do rzeczy.

Jest mi bardzo źle i niestety powoli tracę nadzieję na sukces w tym sezonie. Porażka z Treflem była już czwartą z rzędu, jaką ponieśliśmy, a boli ona podwójnie mocno, ponieważ KOLEJNY raz mieliśmy szansę na zwycięstwo i KOLENY raz jej nie wykorzystaliśmy. W tej sytuacji raczej nie mamy możliwości mówić o pechu. Z pewnością nam czegoś brakuje. Trener Adomaitis mówi o braku jednego zawodnika, który powiększyłby rotację. W ten sposób przyznaje, przynajmniej ja tak to odczuwam, że brakuje nam potencjału do wygrywania z najlepszymi, do przechylania szali zwycięstwa na swoją stronę w momencie, gdy gra toczy się o wysoką stawkę.

Oczywiście, można mówić, że ani jednego meczu nie przegraliśmy wysoko i to powinno cieszyć. Marna to dla mnie pociecha, bo za „prawie” wygrane mecze dalej jest zaledwie jeden punkt, seria tych „prawie” zwycięstw powoduje, ze osuwamy się w dół tabeli i mamy coraz mniejsze szanse na zajęcie miejsca dającego nam komfort przewagi własnego parkietu w PO. A o tym, jak to ważne mówi nam dysproporcja liczby zwycięstw odniesionych w Gryfi i na wyjazdach. Jesteśmy zespołem własnego parkietu, dlatego jeśli chcemy wejść do półfinałów, koniecznie musimy być w pierwszej czwórce.

W Sopocie niewiele zabrakło do wygranej, jednak nie oszukujmy się- Trefl kontrolował to spotkanie do 38 minuty. Gdyby przegrali, byłaby to porażka niezasłużona. Taki głos rodzi się w mojej głowie, lecz szybko tłumiony jest przez inny, który mówi, że chwilę wcześniej kontrolowaliśmy mecze w Gdyni i Zielonej Górze, a mimo to je przegraliśmy. W ubiegłym tygodniu pisałem, że godzę się na pechowe porażki pod warunkiem, że zostaną one zrównoważone przez szczęśliwe wygrane. Dlatego boli mnie fakt, że mając Trefl na tacy (tym razem nie na widelcu) nie potrafiliśmy skorzystać z okazji i zmarnowaliśmy szanse na wywiezienie dwóch punktów z arcytrudnego terenu. Mam żal do Darnella i Stanleya za ostatnie akcje. Nie może być tak, że niscy zawodnicy, strzelcy, nie trafiają rzutów wolnych w takim momencie mając w całym sezonie odpowiednio 89 i 85 procent skuteczności z linii. Nie może być tak, że rozgrywający, gość kreujący się na lidera, spinający mięśnie i „cwaniakujący” zbiera piłkę na 4 sekundy przed końcem meczu, nikt go nie kryje, ma wystarczająco dużo czasu na skorygowanie pozycji rzutowej (gdyby była potrzeba), oddaje niecelny rzut na dogrywkę. I uśmiecham się pod nosem czytając, ze brak koncentracji wynika z wciąż letniej atmosfery wokół aktualnej fazy sezonu. Bo moim zdaniem jest wręcz przeciwnie. To nie dekoncentracja spowodowała straty i niecelne rzuty, to waga meczu i niewytrzymanie presji. Niestety, ale ktoś tu chyba pękł. To dobra nauczka dla sztabu trenerskiego- następnym razem mniej Burrella, a więcej na przykład Mantasa. Coś mi mówi, że ten drugi  trafiłby ten rzut, bo wbrew powszechnej opinii, to nie była loteria, tylko normalny rzut, w normalnych warunkach. Loterię miał Krzysiek Roszyk w meczu z Treflem w Słupsku. Trafił… Oczywiście, że gra się przez 40 minut, ale skoro na minutę przed końcem gra otwiera się na nowo, to z tego otwarcia trzeba skorzystać. Dlatego największy żal mam właśnie za końcówkę, bo gdyby nie ona, stwierdziłbym, że jesteśmy po prostu słabsi, a Trefl był poza zasięgiem. Nie jesteśmy, a Trefl nie był.

Ok. Na tym przerywam pisanie. Już słyszę pukanie do drzwi- idą towarzysze kibicowskiej drogi. Obejrzymy wspólnie meczyk, podyskutujemy, a później wrócę do pisania. Gdyby okazało się, że tekst nagle staję się jeszcze bardziej niespójny niż zwykle, to wybaczcie. Sami rozumiecie, w tym gronie nie da się tak po prostu posiedzieć ;) No to chlup! Za zwycięstwo! 

Nie no… Tak być nie może- ten fragment będzie zdecydowanie krótszy. Przesada! Naprawdę prowadząc szesnastoma punktami w trzeciej kwarcie trzeba wygrywać mecz. W przeciwnym razie oznacza to, że zwyczajnie nie mamy charakteru. Przy stole słyszałem tłumaczenie, że nie mieliśmy kim grać. Zupełnie nie dociera to do mnie. Roztrwonić takiej przewagi w tak krótkim czasie nie można nawet grając w czterech. To już nie są pechowe porażki, w tej chwili staliśmy się chłopcami do bicia. Taka przewrotna rzecz, świadcząca o tym, że wszelkie złośliwości kierowane do innych ludzi się mszczą- „Choćbyście dwudziestoma wygrywali, i tak będziecie się bali”- widniało hasło na transparencie. To chyba możemy sobie wywiesić…

 

Pozdrawiam,

Rychu.

Z wiarą w przekorę losu

 

Witam Was Kochani!

Po porażce z Prokomem w Gdyni byłem przekonany, że wyjdzie nam ona na dobre. Liczyłem na sportową złość naszych koszykarzy, podrażnione ambicje i zwyczajną męską chęć odegrania się. Dlatego na mecz z Anwilem szedłem w miarę spokojny o wynik. No to po meczu mocno mi się nastrój popusł. Trochę się zawiodłem, usiadłem, przemyślałem, poczytałem wieści dochodzące z obozu naszego następnego przeciwnika i wsiadłem (nie bez problemów) do busa jadącego do Zielonej Góry z przekonaniem, że „tym razem, to już na pewno”…

Co się stało na miejscu? Sam nie wiem, bo teoretycznie przez trzy kwarty graliśmy nieźle. Najpierw toczyliśmy wyrównany bój z gospodarzami, nie pozwalaliśmy im rozwijać skrzydeł, graliśmy na zasadzie „akcja za akcję”, znaczy się punkt za punkt, bo ten pierwszy model to chyba taki koszykarski standard ;). W trzeciej odsłonie meczu, po kilku udanych akcjach w obronie i skutecznie wykończonych grach w ataku prowadziliśmy nawet dwunastoma punktami, a w głowie mojej nie było już żadnej innej myśli, niż tylko świętowanie zwycięstwa i liczenie punktów w tabeli. Gwizdek sędziego, zaczęła się ostatnia część meczu, akcja jedna, druga, trzecia i kolejna, z prowadzenia nie zostaje nic, wręcz przeciwnie, to Zastal zaczyna wygrywać. Później jeszcze trójki Pawła Kikowskiego i Mantasa dały remis, ale gospodarze szybko odpowiedzieli i było po wszystkiemu. Trzydzieści minut ostrego tyrania, wylanego potu i poświęcenia poszło się marnować.

I tu już naprawdę się wkurzyłem! Po wielu latach kibicowania mogę stwierdzić, ze rozumiem sport. Wiem doskonale, że nie zawsze drużyna, której kibicuję musi wygrywać. Mam świadomość, że fortuna kołem się toczy i raz będzie sprzyjać nam, innym razem przeciwnikom. Dlatego też po porażce w Gdyni szybko przypomniałem sobie mecz derbowy w Słupsku i bez żalu stwierdziłem, że to, co los dał wtedy, dziś odebrał i jesteśmy kwita. Ale bez przesady… Trzy mecze z rzędu, w których się prowadziło, a przewagę trzeba było jedynie kontrolować („jedynie”, ponieważ w żadnym z nich nie mieliśmy konieczności robienia rzeczy dużo trudniejszej- pogoni) i trzy mecze w czapę? Bez sensu! Wiem, że można być klubem biedniejszym, przez co słabszym i przegrać. Taki jest sport. Jak pisałem wyżej, rozumiem, że można przegrać pechowo, ale nigdy nie zrozumiem, jak można przegrać trzy razy z rzędu mecze, w których przeciwnika ma się na widelcu. Początkowo chciałem użyć zwrotu „na tacy”, ale byłby on nieadekwatny, ponieważ nikt nam tych przeciwników nie podał, sami musieliśmy zawalczyć i „nadziać” ich na widelec. I dlatego właśnie to tak bardzo boli! Bo wykonany jest szereg prac- od przygotowania taktycznego, przez treningi, organizację wyjazdu, doping na meczu, pot wylany w walkę na parkiecie, po pracę na ławce- po to, by mecz zakończył się sukcesem. Wszystko w meczu idzie dobrze, ale nie ma kropki nad i, bo dwa punkty dopisywane są na konto przeciwników. I tej pracy tak bardzo żal, ponieważ w żadnym z tych trzech spotkań nie byliśmy drużyną o mniejszych umiejętnościach koszykarskich. Mam nadzieję, że to zdanie będzie dobrze zrozumiane, abym nie musiał się tłumaczyć z zarzutu, że skoro przegraliśmy, to słabsi byliśmy.

Co teraz? Teraz wróciłem na ziemię. A ziemią dla mnie jest półfinał, czyli cel, który założyłem sobie przed sezonem. Po euforii związanej z pokonaniem Turowa, AZSu, Trefla i znowu Turowa, liczeniu zwycięstw potrzebnych do zajęcia drugiego miejsca przed PO, co w konsekwencji miało dać prostą drogę do finału, dostałem od losu lekki pstryczek w ucho i już się opamiętałem. Niestety, ale ta drużyna nie ma mentalności zwycięzców, co udowodniła w ostatnich trzech spotkaniach. W zeszłym roku także były porażki, ale nie pamiętam takiej serii, w której trzy razy z rzędu oddalibyśmy prowadzenie rywalowi. Owszem, nie zawsze udawała się pogoń i schodziliśmy z parkietu pokonani, dziś za to nie udaje nam się prowadzenia utrzymać. Nie czujemy krwi, nie ma w nas instynktu, który nakazuje rzucić się na przeciwnika okazującego jakąkolwiek słabość. Zbyt grzeczni jesteśmy, za mało w nas koszykarskiej złości. Być może wszystko leży w głowach, być może koszykarze nie dogadują się między sobą tak, jak powinni chcąc osiągnąć cel, który na logikę powinien być nieosiągalny, być może rzeczywiście jesteśmy wciąż za słabi? Nie mam pojęcia…

Przed trzema ostatnimi meczami czułem, że będzie dobrze- przed Gdynią byłem podekscytowany wizją pokonania Mistrza, przed Anwilem czułem wiarę w męską ambicję, a przed Zieloną czułem, że zwyczajnie jesteśmy silniejsi. Trzy razy się pomyliłem.

Przed meczem z Treflem pozbawiony jestem wiary- skład mają silniejszy, nie przemawia za nami aspekt hali, w podrażnione ambicje wierzyć już nie będę. I mam nadzieję, że także i tym razem mocno się pomylę…

Do zobaczenia w Sopocie.

Rychu.

Dzisiejszy powód do bycia dumnym Czarnuchem.

Bądź dumny, wszak „jesteśmy wszędzie tam…”

Wyświetlanie 1 - 5 z 66 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 14