Witam Was Kochani!
Spodobała mi się formuła ostatniego blogowania, czyli wpis dwuczęściowy. Do tego stopnia, że i tym razem z niej skorzystam. Teraz mamy środę, jest godzina 8:00, w głowie mam pozytywne wrażenia po meczu z APG i musze je przelać, aby nie zostały wyparte przez wrażenia z Włocławka. Przepraszam za ten pesymizm, ale mam wrażenie, że w obecnej sytuacji kadrowej po prostu się nie da…
Właśnie, sytuacja kadrowa. Znaleźliśmy się w fatalnym położeniu- wypadło nam trzech podstawowych graczy, w tym dwóch Polaków koniecznych w rotacji i jeden z lepszych obrońców tej ligi. Gramy w górnej szóstce, więc nie mamy co liczyć na słabego przeciwnika, który tych osłabień nie wykorzysta i mimo wszystko zdobędziemy punkty. Na szczęście jest też druga strona medalu- na szczęście kontuzje te nie mają bezpośredniego wpływu na obecność w Play Offach i dzięki temu mamy względny spokój w fizycznym i taktycznym przygotowywaniu się do tej fazy gier. Mogło być lepiej, ale naprawdę mogło być także dużo gorzej- takie szczęście w nieszczęściu. Mamy czas na leczenie i wierzę, że zostanie on dobrze wykorzystany.
Wiarę tę obudził, bo bez bicia przyznaję, że była ona już uśpiona, ostatni mecz naszej drużyny. Zostaliśmy z góry skazani na porażkę, bo tak nakazywała logika- seria porażek, Mistrz Polski i kontuzje- naprawdę niewiele wskazywało na inne rozwiązanie. A tu zaskoczenie, nasze Pantery przypomniały sobie, że jest coś takiego jak pazur i postanowiły go pokazać. Bardzo mocno postawiliśmy się gdynianom, wynik wisiał na włosku do ostatniej akcji, dzięki czemu do końca mieliśmy szansę na spektakularne zwycięstwo. Nie udało się, tym razem trudno. Mam wrażenie, że mecz ten może zmienić wiele w mentalności naszego zespołu. Skoro w tak okrojonym składzie byliśmy w stanie walczyć jak równy z równym, to dlaczego mielibyśmy nie wygrywać, gdy już wszyscy będą zdrowi? I jeszcze jedna rzecz- dyscyplina. Mam nadzieję na zrozumienie konieczności totalnego podporządkowania się myśli taktycznej Trenera Adomaitisa. Ten człowiek, oprócz tego, że jest trenerem i w zasadzie to już powinno wystarczyć za dowód, prawdopodobnie wie o koszykówce więcej niż wszyscy inni z naszego Klubu razem zebrani. A już bez słowa „prawdopodobnie” można stanowczo stwierdzić, że jako zawodnik osiągnął zdecydowanie najwięcej, grał w zespołach o wiele silniejszych z o wiele lepszymi zawodnikami niż mają okazję robić to na co dzień gracze naszej drużyny. Do tego mam wrażenie, że nie jest jakoś specjalnie trudnym w kontaktach człowiekiem, dlatego Dainiusa słuchać trzeba i basta! Słuchać i wykonywać polecenia.
Zaangażowanie, wiara w możliwości, chęć odniesienia sukcesu i dyscyplina- w naszej sytuacji może to zaprowadzić nas daleko. Ważne jest, aby każdy przypomniał sobie o SWOICH naturalnych rolach, które dane jest mu spełniać. Jeżeli jest trener, to ma on trenować, jeżeli jest strzelec, to ma on rzucać punkty, obrońca ma bronić, rozgrywający uruchamiać partnerów. Jeśli mamy zadaniowców, to niech spełniają oni swoje zadania, jeśli ktoś pod koszem lepiej czuje się w grze siłowej, lubi i potrafi dać zbiórkę w ataku, po której zdobędzie punkty, to niech do tego dąży i tak dalej. Najważniejsze, by żaden z zawodników nie widział w sobie asystenta trenera, lidera lub bohatera. To bardzo proste, a bezpośrednio prowadzi do celu- jeśli każdy z graczy zacznie koncentrować się na swoich powinnościach i zacznie je wykonywać dobrze, to cała drużyna będzie funkcjonować dobrze. Wtedy nie będzie konieczności koncentrowania się na postawie kolegów z drużyny.
Naprawdę wierzę w możliwości naszej ekipy. I z wiarą tą udam się do Włocławka. Nie po zwycięstwo, bo niestety skład mamy dziurawy, ale po obraz zespołu, który się odbudowuje, dojrzewa i słucha. Do dalszej części wrócę jak wstanę po powrocie.
Aaaaa zapomniałem, a to przecież ważne. Po starciu z Gdynią pojawiły się mocno krytyczne glosy na temat dopingu. Szczerze mówiąc byłem zaskoczony, bo stojąc na trybunach miałem wrażenie, ze jest dobrze. Później rozmawiałem z Prezesem Twardowskim, który w moim przekonaniu mnie utwierdził, bo jego pogląd na sytuację był podobny do mojego- doping był dobry, miał świadomość okresu świątecznego, zadowolony był z frekwencji i zrozumienia kibiców dla sytuacji, w której znalazła się drużyna. Oczywiście można stwierdzić, że to kurtuazja. Jednak za długo znam Prezesa, by o to go podejrzewać- nie ma ku temu najmniejszych powodów, zwłaszcza w relacjach ze mną. Bo i po co, skoro wszyscy wiedzą, że Rychu był, jest i będzie tak długo, jak będzie mógł temu Klubowi coś dać od siebie.
Ajjjjj… I co z tego, że się człowiek spodziewa porażki? Co z tego, że wydaje mu się , że jest na nią przygotowany, skoro nie jest, a w momencie, gdy przegrywamy jakby kolejny raz dostawał w łeb. Wczoraj zabrakło potencjału. Anwil kadrowo jest lepszy nawet od naszego pełnego składu, dlatego tym bardziej nie powinno dziwić, że lepszy jest od pozbawionego dwóch strzelców. Niestety, w momencie zagęszczenia strefy pod koszem zostaliśmy z jednym Mantasem, który normalnie potrafi trafić z dystansu- a temu wczoraj nie siedziało, więc pozamiatane. Nieźle trzymaliśmy się przez pierwsze piętnaście minut, później przyszło zmęczenie, rotowanie w zespole gospodarzy i tak gra się posypała. Już czwarty mecz nie mamy żadnej odpowiedzi na Berishę, który trafiał z każdej pozycji, zarówno bez obrońcy, jak i z dwoma.
Posmutniałem mocno, bo wygląda mi na to, że lato tego roku będzie bardzo długie. Dlatego mam do Was Kochani ogromny i gorący apel, naprawdę dawno tego nie robiłem. Zróbmy w niedzielę atmosferę, jak za najlepszych czasów Gryfi! Pokażmy wsparcie do końca, niezależnie od sytuacji. Zróbmy tak, by wątpiący na nowo uwierzyli. Zróbmy to dla koszykarzy, dla Klubu, dla siebie samych, dla własnego samopoczucia. Wszyscy na czerwono i dopinamy naszym skrzydeł! Walczymy!
Do zobaczenia,
Rychu.
Dzisiejszy powód do bycia dumnym Czarnuchem.
Bądź dumny, w każdym meczu walczymy do ostatniego tchu!